Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 205 658 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Subiektywny ranking filmów walczących o Złote Lwy na 36. FPFF w Gdyni

niedziela, 12 czerwca 2011 0:44

 

CZARNY CZWARTEK Janek Wiśniewski padł: nie widziałam

 

DASS: nie widziałam

 

ESSENTIAL KILLING: 3,5/6 (bohater ucieka, ucieka, ucieka, a na koniec umiera)


ITALIANI: nie widziałam

 

KI: 3/6 (Roma Gąsiorowska znów gra Romą; film dość zabawny, ale o niczym)


KRET: nie widziałam

 

LĘK WYSOKOŚCI: nie widziałam (podobno doskonały...)


MŁYN I KRZYŻ: 4,5/6 (głównie oceniam warstwę artystyczną)

 

RÓŻA: 5/6 (ciężki film o trudnej miłości w jeszcze trudniejszych czasach; wspaniały Marcin Dorociński!)


SALA SAMOBÓJCÓW: 5/6 (doskonały, polecam recenzję poniżej)


W IMIENIU DIABŁA: 3/6 (potencjał był - stracony, niestety)


WYMYK: 4/6 (ciekawy; świetny jak zawsze Robert Więckiewicz)


 

Inne filmy:


 

UWIKŁANIE: 3,9/6 (niezła rozrywka, ale pewne momenty zabawne, choć efekt komiczny nie był zamierzony... Pan Bukowski gra jedną miną i ach, jaki on piękny ;-))

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (29) | dodaj komentarz

Essential Killing Skolimowskiego wygrał FPFF w Gdyni...

niedziela, 12 czerwca 2011 0:28

 

 

Kilka lat temu Jerzy Skolimowski się na Gdynię obraził. Uważał bowiem - jak to ma w zwyczaju - że jego film Cztery Noce z Anną, zgłoszony wówczas do konkursu głównego, był najlepszym. Jednak kapituła jury uznała inaczej i przyznała mu wyłącznie (a może aż) nagrodę specjalną. Skolimowski postanowił jednak dać wyraz swemu oburzeniu i odbierając wspomnianą nagrodę odczytał najdłuższą w historii mowę dziękczynną. DLatego też w tym roku, by nieco udobruchać urażonego reżysera, postanowiono przyznać jego filmowi Essential Killing Grand Prix festiwalu. Złote Lwy na pewno złagodzą smak danwej porażki.

 

Oto jedna z teorii na temat tego, dlaczego główną nagrodę FPFF w Gdyni zdobył Essential Killing. Druga jest nieco odmienna i, być może, bliższa prawdy. Podobno jury, złożone z wielu gości zagranicznych, zwyczajnie nie zrozumiało tła filmów takich jak Kret czy Róża. Trochę wierzyć się w to nie chce, ale zważywszy na jakość napisów w języku angielskim, jakie wyświetlano podczas seansów, coś może być na rzeczy. Pamiętajmy też, że nazwisko Skolimowski jest w świecie rozpoznawalne, zwłaszcza po zeszłorocznej nagrodzie na Biennale w Wenecji. Niemniej jednak nie sądzę, by przekaz takich produkcji, jak na przykład Sala Samobójców czy Wymyk był dla reprezentantów zagranicy nieczytelny...

 

Jakby nie było, Essential Killing jest największym wygranym festiwalu w Gdyni. Skolimowski otrzymał nie tylko główną nagrodę, ale i statuetkę za reżyserię, muzykę i zdjęcia. Naiwnie wierzyłam, że na tym jury poprzestanie, a Złote Lwy trafią do Wojtka Smarzowskiego za wybitną Różę" nagrodzoną zresztą zdecydowaną większością głosów przez nas - dziennikarzy.

 

Przyznanie aż tylu wyróżnień Essential Killing jest co najmniej podejrzane. Ale, cóż, pozostaje tylko pogodzić się z tym werdyktem i pogratulować Skolimowskiemu kolejnego sukcesu.

 

A więc FPFF w Gdyni zakończył się - jak przystało na porządną imprezę - skandalem ;-)

 

Pozdrowienia z plaży

Nata


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Już wkrótce relacja z FPFF w Gdyni

piątek, 03 czerwca 2011 2:26

 

A na razie smutna wiadomość - Roman Polański jednak nie przyjeżdża. Miał odebrać honorową nagrodę za całokształt twórczości oraz poprowadzić warsztaty dla młodych filmowców, w których bardzo chciałam wziąć udział. Szkoda, szkoda, szkoda. Jednak rozumiem, że po ostatnich zawieruchach Polański chce uniknąć choćby cienia skandalu. A jego niedoszła wizyta przecież już zaczęła wywoływać falę protestów. Nie do wiary, że nawet we własnym kraju reżyser nie może czuć się dobrze i swobodnie...


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Wciąż nie mogę dojść do siebie po NEVER LET ME GO ( Nie opuszczaj mnie )

piątek, 25 marca 2011 23:54

 

Na to, by móc spokojnie napisać o tym wyjątkowym filmie, potrzebowałam tygodnia. Widziałam go równo siedem dni temu, a przez kolejne dwa nie byłam w stanie przestać o nim myśleć.

 

To, być może, najdziwniejszy film, jaki kiedykolwiek oglądałam, a przy tym jeden z tych najprawdziwyszych, które zapadają w nas głęboko i nie pozwalają o sobie zapomnieć, wiercą dziurę.

 

W "Never let me go" reżyser Mark Romanek opowiada o alternatywnej rzeczywistości, w którj w latach 60-tych dokonał się przełom w medycynie. Jest to właściwie równoległy naszemu świat - taka sama muzyka, styl, nawet seriale w telewizji. Próżno szukać na ulicach dziwolągów, czy jakiś kosmicznych maszyn. Ze znanym nam science-fiction film Romanka ma bowiem niewiele wspólnego.

 

A więc jedyną różnicą między światem z "Never let me Go" a światem nam znanym i codziennym, jest to, że długość życia - ze względu na owe odkrycie medyczne - sięga średnio stu lat. Przyczyna? Zaczęto na wielką skalę "produkować" ludzkie klony, których przeznaczeniem jest dostarczanie organów.

 

Jeśli część z was właśnie rezygnuje z czytania tej recenzji, przerażona tym, co napisałam powyżej, radzę powrócić do lektury. Film, o którym mówię, nie jest bowiem historią, jakich znamy już wiele, nie przypomina filmów takich jak "Wyspa" ze Scarlett Johansson, ani chyba niczego, co mieliście (mieliśmy) okazję oglądać wcześniej.

 

Dlaczego? Bo tylko fakt, że nasi bohaterowie są w efekcie klonami, różni ich od nas samych. Poza tym wszystko jst takie same - emocje, nadzieje, marzenia, ból, cierpienie. Tylko przeznaczenie się różni - my możemy kreować naszą przyszłośc, oni nie. Oni "powstali" w określonym celu i nie mają szans na jakikolwiek wybór.

 

To, w jaki sposób ludzie żyjący w rzeczywistości wykreowanej w powieści Kazuo Ishiguro (na podstawie której Romanek nakręcił swój film) oraz w "Never Let Me Go", traktują klony, przywołuje od razu na myśl Holocaust. Wówczas też wyznawcy nazistowskiej ideologii traktowali Żydów jak podludzi, nie uznając tym samym ich uczuć, negując w każdy możliwy sposób ich człowieczeństwo. Wiele scen, a zwłaszcza dialogów z filmu łączy się nieozerwalnie z tą włąśnie ideologą. Na przykład proces sprawdzania, czy nasi bohaterowie mają duszę.. A oni? Tak, jak ofiary Holocaustu, spokojnie idą na rzeź. Nie zadają pytań, przekonani, że taki już ich los, że tak być musi. Nie buntują się, nie uciekają, bo - i tu znowu - gdzież mogliby uciec..?

 

Film Romanka to wybitne dzieło będące wielką metaforą dotyczącą współczenego świata. To przypowieść o człowieku, esej o etyce i sumieniu. To film, który stawia wiele pytań bez odpowiedzi. I który pozostanie z wami na zawsze. I, na koniec, "Never Let Me Go" udowadnia, że wyrosło nam nadzwyczaj zdolne pokolenie młodych aktorów, jakie tutaj reprezentuje fantastyczne i przejmujące trio, czyli Keira Knightley, Carey Mulligan i Andrew Garfield.

 

Wszystkim, którzy mają odwagę zmierzyć się z "Never Let Me Go", gorąco ten film polecam.

Nata


Podziel się
oceń
0
2

komentarze (30) | dodaj komentarz

WYGRANY Wiesława Saniewskiego zdecydowanym przegranym...

piątek, 11 marca 2011 22:28

 

Podobno największym grzechem recenzenta jest zdradzenie zakończenia filmu. Cóż, nawet gdybym mocno chciała popełnić ten straszny błąd, to nie mogę - nie dotrwałam bowiem do końca filmu, o którym zamierzam Wam napisać. WYGRANY Saniewskiego jest dziełem słabym, nudnym i bardzo źle zrealizowanym (głównie, jeśli chodzi o zdjęcia i montaż). Ale po kolei.

 

Reżyser przedstawia nam prostą, może lekko sentymentalną, historię młodego, ale już światowej sławy, pianisty, który w rozstrzygającym dla siebie momencie postanawia zerwać tourne. Oliwer - takie imie nosi pianista - decyduje sie na ten ryzykowny ruch po przylocie do Polski, w której to miał zagrać koncert Chopina. Mężczyzna pochodzi z Polski, lecz dorastał w USA. Stąd posługuje się lepiej językiem angielskim niż mową ojczystą. I nie byłoby w zasadzie po co zaznaczać tego faktu w niniejszym tekście, gdyby nie to, że ów fakt przekłada się na absolutnie cały film. Mówienie w języku angielskim staje się nagle udziałem wszystkich aktorów występujących w filmie. Tak pierwszo, jak i drugoplanowych. Czyli - od profesora pochodzącego z Chicago (co jeszcze można zrozumieć), przez kasjerkę samotnie wychowującą dziecko, przypadkowych przechodniów, kelnerów, sklepikarzy, starszych panów. Takie rzeczy tylko w Polsce. A przynajmniej tej, widzianej oczyma Saniewksiego.

 

Opisany powyżej zabieg więcej niż drażni. Prowadzi też do pewnego absurdu. Jesteśmy Polakami w Polsce na polskim filmie (który zważywszy na swą jakość zdecydowanie nie powinien zgłaszać zagranicznych pretensji), w którym nasi krajanie mówią piękną angielszczyzną. WTF?! O ileż subtelniej byłoby, gdyby to główny bohater posługiwał się łamaną polszczyzną - co zresztą niekiedy w filmie czyni. Cóż, niestety.

 

Wspomniałam o montażu. Postaram się po krótce uargumentować, dlaczego jest fatalny. Otóż, za pierwszym razem, gdy niczym z nieba spadła mi przed oczy wyrwana z kontekstu scena, uznałam, że jest to zwykły błąd maszyny. Za drugim razem, już nieco zdziwiona, stwierdziłam, że musiała przeskoczyć klatka. Za trzecim razem zdziwienie przeszło w irytacje. Natomiast kolejne razy utwierdziły mnie w przekonaniu, że wcale nie o niewinny błąd tu chodzi. Reżyser świadomie zdecydował się na film chaotyczny, na urywanie scen z premedytacją i wprowadzanie tym samym widza w stan co najmniej zażenowania (obejrzycie, a zrozumiecie, co miałam na myśli).

 

Scenariusz też zbierze baty. Kiepskie to, banalne, na siłe sentymentalne, wymuszone, rozedrgane. I jakże nudne. A na dodatek ta łopatologiczna symbolika: Oliwier GRA na pianinie i marzy, by choć raz móc zaGRAć w piłkę (jako dziecko robić tego nie mógł, by nie zniszczyć sobie palców), prowadzi GRĘ ze swoją matką, przeGRYWA swój związek, wyGRYWA przyjaźń z intrygującym profesorem (J.Gajos), który - a jakże! - GRA na wyścigach konnych z ciągła nadzieją, że w końcu...wyGRA. Niestety, ta pseudo filozofia sprawia, że film Saniewskiego zdecydowanie przegrywa.

 

Pochwalę aktorstwo. Janusz Gajos nie zawiódł. To mistrz aktorstwa nazywany tak nie bez przyczyny. Gra każdym gestem, mięśniem, oddechem, spojrzeniem. I jest przy tym naturalny i, co istotne, nie jest w żadnym stopniu manieryczny - czy mnie zaskoczył. Nieźle wypada też Szajda. On i Gajos stworzyli całkiem ciekawy duet, który mógłby przekształcić się w świetny film, gdyby tej relacji nie zabił scenariusz. Co do Marty Żmudy Trzebiatowskiej. O tym, że jest śliczna, wiemy nie od dziś. I nawet to, że w filmie gra bez makijażu i wciela się w dość przeciętną dziewczynę, w żaden sposób nie odjęło jej urody. Ale co do jej aktorstwa... Nie wiem, może po prostu osoba z taką urodą, niemal namacalną, nie miała szans wypaść wiarygodnie w takiej roli? Roli samotnej, niczym nie wyróżniającej się matki z dzieckiem pracującej za kasą? I jeszcze ten wspaniały język angielski, jakim się posługiwała, pełen phrasal verbs i innych interesujących zwrotów. Ale, jak pokazuje "Wygrany", wszyscy w Polsce tak dobrze znamy wyspiarską mowę. Ehhh...

 

Chwalono też muzykę, która jednak mnie denerwowała. Była kolejnym elementem, który nijak nie chciał powiązać się z całością. Ale, czy w ogóle możemy mówić o jakiejś całości? Dla mnie "Wygrany" to zlepek scen, monologów Gajosa i w miarę ładnych widoków, choć bardzo nieprofesjonalnie skadrowanych. Jak się już pewnie domyślacie, stanowczo nie polecam.

 

N.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 29 września 2016

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O mnie

Natalia Anna, czyli:

absolwentka Iberystyki UW, dziennikarz, redaktor, krytyk filmowy;
miłośniczka kina i wszystkiego, co NIE debilne, durne, pretensjonalne, konserwatywne, kiczowate i wtórne, czyli dobrej literatury, muzyki, teatru, podróżowania (bez aparatu i pstrykania 1325 zdjęć zabytków, pomników etc. a za to w doborowym towarzystwie), smacznego jedzenia, długiego spania i czytania do 3 nad ranem

Moje motto: "Extreme laziness puts your life on hold. Get up and get going!"