Bloog Wirtualna Polska
Są 1 239 142 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

O Złotych Globach słów kilka

poniedziałek, 25 stycznia 2010 0:17


Najpierw krótko, prosto i na temat: nie zgadzam się z większością werdyktów przyznanych na tegorocznej ceremonii rozdania Złotych Globów. Co więcej, uważam za chory paradoks zestawienie w jednej kategorii Avatara James'a Camerona - aka reżysera cierpiącego na manię wielkości- i rewelacyjnych Bękartów Wojny Tarantino. Nie mam pojęcia jak dzieło 3D może w ogóle rywalizować z przewrotną tragikomedią szalonego ale i genialnego twórcy filmu Pulp Fiction. Dziwi mnie również nagrodzenie Sandry Bullock, czyli chyba najbardziej nijakiej ze wszystkich aktorek Hollywood. No i na koniec zaskakuje, a wręcz oburza, zupełne niedostrzeżenie A Single Man Toma Forda z powalającym Colinem Firthem w roli homoseksualisty rozpaczającego po utracie ukochanego. Widziałam ten film w Wenecji, gdzie wywołał owacje na stojąco, a potem w czasie konferencji prasowej Firth zebrał osobiście burze gorących oklasków. Ot, i tyle o zwycięzcach i zwyciężonych.

Jest jednak jeszcze jedna, poza filmową, bardzo ważna kwestia dot. Złotych Globów- kreacje gwiazd! Chodzi mi oczywiście o suknie aktorek, bo to one są zazwyczaj najbardziej spektakularne i często kradną nagrodzonym filmom i twórcom należytą przecież uwagę fotoreporterów.

W związku z powyższym, jak mawia niekwestionowana królowa polskiego show-biznesu, Doda, poniżej przedstawiam wam MOJĄ- co pragnę uwypuklić w jak najbardziej wyrazisty sposób- listę najlepiej i najgorzej ubranych gwiazd Złotych Globów 2010 (za punkt odniesienia posłużą mi zdjęcia z www.posh24.com: http://www.posh24.com/mariah_carey/rain_cant_upset_golden_globe_fashion )


Złotego Globa w kategorii najlepsza kreacja, dostają:


Jennifer Aniston

Seksowna prostota zawsze się obroni, zwłaszcza w kolorze hebanowej czerni. Aniston pięknością nie jest, ot zwykła dziewczyna z sąsiedztwa. Jednak jest coś co ją wyróżnia: świetne włosy i fantastyczna figura. Jej kreacja na ceremonii rozdania Złotych Globów podkreśliła oba atuty. Gigantyczne rozcięcie sukni pokazało zgrabne i długie nogi, a swobodna, naturalna fryzura dodała całości lekkości i wdzięku. Do tego fajne buty i brak ostentacyjnej biżuterii to już murowany sukces.

Halle Berry

Swoim występem na oscarowej gali w 20053roku, gdy pamietny pocałunek złożył na jej ustach Adrien Brody, Halle wysoko podniosła poprzeczkę innym gwiazdom, ale i sobie samej. Tamta sukienka autorstwa Elie Saaby przeszła już do historii jako jedna z najpiękniejszych kreacji na świecie. Obecnie Halle pokazuje, że mimo iż od tamtej gali minęło już kilka lat, to wciąż trwa w formie. Bardzo cieszy mnie, że piękna aktorka wróciła do krótkiej fryzury, gdyż należy do niewielu kobiet na świecie, które długie włosy szpecą. Tak więc tym razem Berry wyglądała tak jak niegdyś, czyli kobieco, wyzywająco i z klasą. Oby tak dalej!

Cameron Diaz

Nie przepadam za Diaz. Nie zachwyca mnie ani urodą ani aktorstwem (WYJĄTEK: My sister's keeper), Jednak tym razem prezentowała się bez zarzutu. Znów potwierdza się żelazna zasada dobrego stylu: im prościej, tym lepiej. Cameron postawiła na czerwony jedwab (?) i taki sam krwisty kolor szminki. Ten zestaw z delikatną, jasną, dziewczęcą fryzurą i w zasadzie  z brakiem biżuterii zdobył przychylność stylistów i fashion victims na całym świecie.

Julia Roberts

Niewymuszona, swobodna elegancja jest idealną stylizacją dla aktorki. Podobnie wyglądała w filmie Closer gdzie również była blondynką. Świetna biżuteria, godny podziwu umiar, odejście od stylu glamour dominującego na czerwonym dywanie, no i ten rozbrajający uśmiech. Brawo, Julia!

Kate Winslet

Idealna figura w pięknym opakowaniu - tak można podsumować strój Kate. Jest to na pewno bezpieczny, sprawdzony wybór, ale...czy to źle? Drażnią mnie gwiazdy chcące na siłę zwrócić na siebie uwagę, raczej przebrane niż ubrane lub zwyczajnie rozebrane. Winslet prostą, czarną suknią udowadnia, że czysta zmysłowość nie potrzebuje wielkiej oprawy. Bierzmy z niej przykład.

Lea Michele

Konia z rzędem temu, kto powie mi kim jest ta kobieta: aktorką, reżyserką, scenarzystką? Nie mam pojęcia. Niemniej jednak wyglądała wyśmienicie. Ja chcę tę sukienkę! Właśnie tak wyobrażałam sobie studniówkową kreację, ale marzenie prysło, gdy okazało się, że zamiast wspaniałych sukni regulamin przewiduje...białe bluzki i czarne spódnice. Ale jescze przyjdzie dzień, kiedy mój sen zamieni się w rzeczywistość, obiecuję ;-)!

Alicja Bachleda Curuś

Pochodząca z zaściankowej (wciąż!) Polski Alicja Bachleda Curuś na czerwonym dywanie w Los Angeles wyglądała bardzo szykownie i światowo. Zaryzykuję stwierdzenie, że jej suknia była najlepszą kreacją tegorocznych Złotych gGobów. Choć, moim zdaniem, Ala mogła wyglądać lepiej. To bardzo ładna, wysoka i zgrabna dziewczyna, ma piękny naturalny kolor włosów i bije od niej jakiś taki blask. Nie wiem dlaczego wciąż była lekko przygarbiona, może bała się, że gorset zsunie się za nisko? Niemniej jednak trzymała poziom, a nawet mocno wyróżniała się wśród zagranicznych aktorek. Piękny debiut.


A teraz najgorsze kreacje wieczoru:


Penelope Cruz

Ja ją po prostu uwielbiam! Nie ma filmu, w którym nie udałoby się jej mnie wzruszyć, nie ma zdjęcia, na którym wyglądałaby źle, nie ma też na świecie równie magnetycznego spojrzenia. Jednak zdecydowanie wolę Pe w wersji casual niż glamour. Wyglądała zjawiskowo w Vanilia Sky, a także w Vicky Cristina Barcelona, gdzie paraduje w czarnym meloniku i długich, zwiewnych sukienkach. Jest piękna w zwykłych dżinsach i białym T-shircie, jednak z jakiś powodów nie odpowiada jej styl glamour. Przede wszystkim projektanci robią z niej matronę na miarę Sofii Loren, a nie zapominajmy, że Pe typem matrony nie jest. To raczej filigranowa niż pełna i zmysłowa kobieta, o dość oryginalnej urodzie, lecz na pewno nie klasycznej. Dlatego też przywdziewanie przez nią co raz to bardziej strojnych i większych objętościowo sukni jakoś mi nie pasuje. Tym razem wybór kreacji nie tylko dodał jej kilogramów (patrz: ramiona, dekolt), ale tez ją postarzył. Absolutnie nie dobrano jej również fryzury - te pukle są nie dla niej. Wszystkim, których może dziwić lub oburzać moja opinia, polecam sesję zdjęciową firmy MANGO, której Pe wraz z jej siostrą, Moniką, była twarzą. Tam, ubrana w zwykłe, codzienne ciuchy, jest najbardziej urocza i hipnotyzująca.

Heidi Klum

Jeśli to miała być wariacja na temat Małej Syrenki Ariel to, sorry Heidi, nie wyszło. Ariel była malutka i drobniutka, a tutaj widzimy zwalistą Niemkę w syreniej kreacji. Nie, nie i nie. W ogóle nie rozumiem fenomenu Klum- moim zdaniem ani ona ładna, ani kobieca, a już na pewno nie seksowna. No ale te rozważania zostawmy panom. Mnie zastanawia tylko, jak ona  dała radę poruszać się w tej opiętej, syreniej sukni?! Jeśli bolało ją to tak bardzo, jak mnie patrzenie na tę kreację, to szczerze współczuję!

Fergie

Piękna dziewczyno, coś ty ze sobą zrobiła?! Pamiętam, gdy pierwszy raz zobaczyłam Fergie w piosence Shut up gdy dopiero rozpoczynała swą drogę na szczyt z grupą The Black Eyed Peas (w przeciwieństwie do Alana lubię i ten zespół i śpiew samej Fergie). Co za wulkan energii, co za seksapil - pomyślałam. A teraz? Na czerwonym dywanie stoi biedna sierotka Marysia (no offence, my friend!) i minę ma coś nietęgą. Nie wiem, może to wina fatalnie dobranego koloru włosów? A może kroju  i odcienia sukni, która stwarza wrażenie ciężkiej, choć przecież cukierkowej, i...smutnej? Smile, Fergie!- chciałoby się powiedzieć. I wróć do spodni-bojówek. I do blondu! I zrób to NATYCHMIAST!

Chloe Sevigny

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Dlaczego, DLACZEGO, d l a c z e g o  prasa i media wciąz obwołują ją najpiękiejszą i najlepiej ubraną?! Przecież JAKI KOŃ JEST, KAŻDY WIDZI! Dlaczego więc w przypadku tej, poniekąd bardzo dobrej, aktorki chcemy być tak totalnie ślepi?! Chloe nie ma zbyt dziewczęcej urody i jest to raczej uroda dla koneserów. Na pewno nie do twarzy jej w sukniach typu glamour & red carpet, ani w gładkich, lśniących fryzurach. Na pewno nie ma też fizjonomi księżniczki, nie jest też ani krucha, ani delikatna. Kto więc, do cholery, doradził jej to wątpliwe dzieło?? I DLACZEGO światowe portale o modzie i urodzie plasują tę kreację wśród najlepszych strojów tegorocznych Złotych Globów?! I jeszcze ta fryzura...I ta falbana!...Nie rozumiem...;-(

Maggie Gallenhaal

Jasna karnacja nie powinna być podkreślana równie bladym kolorem sukni, bo wychodzi z tego nie dość, że mdła, to na dodatek i nieapetyczna mieszanka, powodująca raczej zgagę niż oblizywanie warg. Co więcej, w pewnym świetle aktorka wyglądała na zupełnie nagą- jednak ta nagość raczej w nikim nie wzbudziłaby erekcji...

Amy Adams

Ok, sprawdziłam. Ta pani, znana między innymi z Wątpliwości, gdzie partnerowała Meryl Streep, ma...36. lat. 36., a nie np. 55., czyli tyle na ile wygląda w tej sukience a'la prezydentowa lub królowa Angli. Ostatnio coś podobnego miała na sobie Catherine Deneuve, czyli wiekowa już dama (acz wciąż przepiękna). I jeszcze ta broszka! Z drugiej strony, może to dążenie do postarzania się strojem ma na celu zyskanie większego szacunku wśród jury? W końcu z wiekiem, przynajmniej teoretycznie, kroczy doświadczenie i mądrość. Może coś w tym jest? Kto wie.

Sandra Bullock

Ehh, moim zdaniem ta aktorka nie należy do najpiękniejszych. Nie miała też nigdy szczęścia do dobrych ról, a już na pewno do dobrych stylizacji. Ta, po raz kolejny, okazała się porażką. W sukience Bottega Veneta razi już sam kolor, potem jeszcze krój i te przeźroczystości. To wszystko nijak nie pasuje do raczej niecukierkowej urody (?) aktorki. Na domiar złego, jakiś Hollywoodzki fryzjer jeszcze oszpecił Sandrę absolutnie niedobraną ani do niej ani do sukienki fryzurą. Wtopa.

Diane Kruger

Długo się wahałam, w której grupie umieścić aktorkę. Problem tkwi w tym, że jej landrynkowo-różowa, cieniowana i zdobiona sukienka nie jest teoretycznie zła. Ale w praktyce...Cóż, wiele portali zagranicznych zaliczyło Kruger do najgorzej ubranych kobiet na gali Złotych Globów. Może to kwestia żle dobranej fryzury? A moż fakt, że zimnej urodzie Diane nie pasuje taka kolorowa tonacja? W każdym razie ta kontrowersyjna suknia raczej nie dodała jej urody.

Leona Lewis

Naprawdę nie wszystkim kobietom prasuje stylizacja na księżniczkę. Hymmm, jakby to inaczej powiedzieć, styl dziewczęcy nie jest odpowiedni dla każdej z nas, bo czasem nie mamy regularnych rysów i klasycznej urody. Co wcale nie oznacza, że takie kobiety nie są piękne! Spójrzcie na Angeliną Jolie- ona ma bardzo oryginalną twarz,a obwołano ją najpiękniejszą kobietą dekady. Leona Lewis raczej nigdy nie otrzymałaby takiego tytułu, no ale ma być o kreacji, a nie urodzie. Tak więc ta dziwna suknia w kolorze siniaka zupełnie ukryła atuty jej figury i mocno ją pogrubiła. W tej sukni nie ma zupełnie nic stylowego, czy interesującego. Jest banalna, jak z wesela na polskiej wsi. Kolejna nietrafiona stylizacja.

Christina Hendricks

...bez komentarza (!!!).

--- !Z niecierpliwością czekam na rozdanie Oscarów!---






...to be continued.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Parnassus - chaotyczny obłęd Terry’ego Gilliama, czy dzieło geniusza?- Kasia S.

niedziela, 24 stycznia 2010 22:30

 

Z wielką dumą przedstawiam wam nową, młodziutką osóbkę, która dołącza do naszego grona recenzentów. Kasia jest moją uczennicą, której raz w tygodniu wpajam do głowy zasady używania języka hiszpańskiego :). Jest też miłośniczką kina, zwłaszcza dobrego, a także pełną fantazji dziewczyną z wielką wyobraźnią. Cieszę się, że właśnie mi udało się odkryć jej pisarski talent. Zapraszam do zapoznania się z opinią Kasi na temat filmu "Parnassus".

 

Nowe „dziecko” artysty spotkało się  z ogromną ilością kontrastowych opinii, co dało się słyszeć już w trakcie jego projekcji w warszawskim Multikinie, gdzie pełne aprobaty westchnienia jednych widzów przeplatały się z niecenzuralnymi komentarzami, dotyczącymi reżysera i jego dzieła, innych.

            Film zachwyca utopijnym klimatem. Umysł doktora Parnassusa można porównać do świata snu, gdzie sami, choć zupełnie podświadomie, kreujemy rzeczywistość. Już na „dzień dobry” twórca częstuje nas atmosferą barwnego, cyrkowego świata. Zdumiewające jest miejsce akcji – stolica Wielkiej Brytanii, w której abstrakcyjni bohaterowie prezentują się dość groteskowo.

            Jednak w miarę oglądania „Parnassusa” przestaje on być szokujący.  Po obejrzeniu kilku innych filmów Gilliama nie spodziewałam się pragmatycznej treści, pamiętając, że autorem jest artysta – nie logik! Tak więc twórczy chaos w fabule mnie nie zaskoczył, a sporadyczny brak spójności wątków, czy też nielogiczny przebieg poszczególnych wydarzeń, uważam raczej za fantazję wizjonera niż drobne usterki filmu.

            Twórca naszpikował swoje dzieło przytłaczającą ilością alegorii i symboli. Wszystkie postacie przedstawione są jako bohaterowie o sprzecznych cechach charakteru.  Paradoksalnie wypada diabeł, do którego mimowolnie czuje się sympatię, czy też poczciwy doktor Parnassus, zacięcie z nim rywalizujący. Oczywiście największą „osobowościową sprzecznością” jest w filmie Tony - fałszywy filantrop. Ukrywa on swoją tożsamość na tyle zgrabnie, że mimo pewności co do jego prawdziwego oblicza, podświadomie czekałam na zwrot akcji – zmianę jego wizerunku poprzez jakieś heroiczne czyny.

             Jeśli chodzi o grupę towarzyszy doktora Parnassusa, to zręczność i urok z jakim występują w swych widowiskach nadaje im kolejną maskę, a sceniczna gra bohaterów w trakcie przedstawień cyrkową  tożsamość.

            Nie można zapomnieć o największym atucie filmu jakim niewątpliwie jest wcielenie się czwórki aktorów w jedną z głównych ról. Pierwotnie Tony’ego zagrać miał doskonały, w mojej opinii, Heath Ledger. Jego nagła śmierć aktora pokrzyżowała  plany reżysera, gdyż nie zdążono nakręcić wszystkich scen z jego udziałem. Gdy dalsza praca nad „Parnassusem” wisiała na włosku, Gilliam   przyjął pomoc Johnny’ego Depp’a, Jude’a Law i Colina Farrella, którzy zaproponowali wspólne dokończenie roli Tony’ego. Ich pomysł odniósł tak spektakularny sukces, że sam reżyser uznał ingerencję przyjaciół zmarłego aktora w jego niedokończoną  rolę za wybitne osiągnięcie.

            Podsumowując, film Gilliam’a, wraz ze wszystkimi przymiotami, w tym przede wszystkim kunsztem aktorów, może zostać w pełni zaaprobowany jedynie przez wąską grupę odbiorców, potrafiącą  dostrzec pełne symboli dzieło, ginące nieco pod „płaszczykiem”  barwnego widowiska. Dla wyczulonych na zamysł wizjonera, „Parnassus” jest przedstawieniem ukazującym struktury ludzkich charakterów, ich skomplikowaną budowę oraz najskrytsze tęsknoty. Reszta widzów musi zadowolić się  efektami wizualnymi (a o to nie trudno).

 

K.S.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

"Nine" by AP

niedziela, 24 stycznia 2010 16:39

 

 

Jeśli zabieram się za pisanie recenzji, to prawie zawsze jest to reakcja na coraz bardziej popularne zjawisko w dzisiejszej publicystyce - czyli jak wyrobione nazwisko i szyld znanej gazety zwalniają od myślenia. Już Norman Mailer napisał miażdżącą recenzję „Czekając na Godota", nie zawracając sobie głowy obejrzeniem sztuki, więc czego można spodziewać się dzisiaj, kiedy kultura produkowana jest na skalę przemysłową, a krytyka nie może pozwolić sobie na niedotrzymanie jej kroku. Otrzymujemy recenzje pisane „na zamówienie" i nie można oprzeć się wrażeniu, że ich postać nie zmianiłaby się zasadniczo, gdyby autor z wyrachowaniem lub z braku czasu rzeczonego filmu nie obejrzał. Ma to się podobnie do istniejącej od zarania krytyki potrzeby jej odbiorców, by wyrobić sobie opinię na każdy temat bez koniecznosci ruszania dupy z domu. Myślę, że „Nine" spotkał taki właśnie los  - film padł ofiarą zaprogramowanej z góry fali krytyki, zwłaszcza ze strony purystów, którzy dzieła Felliniego oglądają na klęczkach, niezdolni do przyznania, że nawet arcydzieła mogą się zestarzeć.

            Wystawianie „Nine" do zawodów z „8 ½" i mówienie o tym filmie w kategorii remake'u to coś czego robić nie zamierzam. Film Roba Marschalla do niczego nie pretenduje - jest luźną inspiracją estetyką Felliniego odchudzoną na potrzeby musicalu. Całość ogląda się świetnie, film nie nudzi, a głównie dlatego, że nie jest wierny oryginałowi. Jeśli mam być szczery, nigdy nie rozumiałem legendy, która przywarła do „8 ½", ani statusu „świętej krowy", którą od dziesięcioleci niezmiennie cieszy się ten film. Dla mnie to chybione dzieło mistrza neorealizmu jest dowodem na to, że film nigdy nie jest tylko sumą swoich elementów. Wszystkie sceny filmu znam na pamieć, powiem więcej - niektóre z nich uwielbiam, zwłaszcza te nawiązujące do młodości Felliniego (La Saraghina!) i powracającego np. w „Amarcord" motywu dorastania w cieniu rodzącego się faszyzmu i budzącej się seksualności (który to motyw następnie maniakalnie rozwijał Tornatore). Całość jest jednak nieporozumieniem przypominającym kolaż zrodzonych przypadkowo pomysłów, manii, fetyszów, które nie są w stanie utrzymać filmu w zwartej formie,  brak jest tu „rusztowania" (którego obraz przewija się zarówno przez scenografię „8 ½" jak i „Nine"). Choć to ryzykowane, powiem więcej: ten film, właśnie ze względu na swoją fragmentaryczność, bardziej sprawdziłby się ...jako musical - gatunek, który opiera się na wyraźnych podziałach, który wolno rozbierać na kawałki i z którego wolno wybrać sobie ulubione piosenki.

            Trudno też, żeby musical niósł egzystencjalne treści lub analizował mroczne jądro ludzkiej natury - równie śmieszne byłoby zrobienie musicalu o holokauście lub irlandzkiej klęsce głodowej (co udowodnił już Mel Brooks). „Nine" z dzieła Felliniego zapożyczył główne motywy: niemożność nakręcenia filmu, niemożność dorośnięcia, niemożność kochania oraz jego niepodrabialny styl - i to w zupełności wystarczy. Jest sporo kiczu, jest tani erotyzm, jest Judi Dench jako nieśmiertelna „ciotka Dobra Rada", ale wszystko jest na swoim miejscu i wzrusza. Niestety, żyjemy w czasach, gdy odrobina sentymentalizmu stała się większym tabu niż pedofilia, morderstwo i seryjny gwałt.

            Kolejną siłą filmu jest Daniel Day-Lewis - najlepszy żyjący obecnie aktor, który przedefiniował i doprowadził do doskonałości method-acting. Daniel wypada bardziej wiarygodnie jako Włoch niż jego rdzennie włoscy koledzy z planu. Nic dodać, nic ująć. Kobiety też zaprezentowały nieźle - nawet Fergie, którą na co dzień obarczam wyłączną odpowiedzialnością za zabójstwo współczesnej muzyki. Jeśli przymknąć oko na niedające się ukryć ślady kompleksowych operacji plastycznych, świetnym dodatkiem do filmu jest obecność Sophii Loren, która po latach powraca na miejsce zbrodni jako matka zagubionego głównego bohatera.

            Na koniec, bo jesteśmy z moją dziewczyną tacy fajni, że czasem sami sobie zazdrościmy, kilka faktów i problemów otwartych związanych z „Nine":

  • Piosenka nr 1: „Be Italian"
  • Ile razy chciałem wyciągnąc za kudły obżerającego się popcornem kretyna z następnego rzędu i jego 4 znajomych, którym udało się upić jednym piwem? Odpowiedź brzmi: 9. 
  • Czy ktoś wie, co robiła w tym filmie Kate Hudson (czyli „najseksowniejsza kobieta świata", na którą nie zróciłbyś uwagi, gdyby minęła cię w metrze)?
  • Ile razy Natalia szczerze się wzruszyła: 2!
  • tbc...

 

AP


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Już wkrótce!

sobota, 23 stycznia 2010 12:30

Kochani, ze względu na bardzo wiele zajęć, jakie na siebie wzięłam i jakim staram się podołać, mam coraz mniej czasu na pisanie bloga. Ale to już wkrótce się zmieni, bo przyszedł cudowny, słoneczny weekend, który celebruję chodząc cały dzień w szlafroku, jedząc pyszne potrawy przyrządzone przez mojego chłopaka, słuchając soft jazzu, głaszcząc moją piękną kotkę, pisząc (z przyjemnością!) ostatni rozdział pracy magisterskiej i...przygotowując nowe tematy na movielicious.bloog.pl

Już niedługo poznacie moja opinię na temat tegorocznych Złotych Globów i...afery Romana Polańskiego.

Do usłyszenia!
N.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

"Ciacho", czyli seksowna Żmuda Trzebiatowska, kiepski scenariusz i słabe żarty

środa, 13 stycznia 2010 14:10

 

Ciacho Patryka Vegi, reklamowane z hukiem jako "najzabawniejsza polska komedia ostatnich lat", okazało się być umiarkowanie śmiesznym filmem, którego głównym celem jest chyba demonstracja efektów specjalnych, jakie są w stanie stworzyc polskie studia filmowe oraz promocja...seksu analnego!Do Seksmisji, a nawet Kilera, czy też Chłopaki nie płaczą, Ciacho ma się nijak. Choć z Kilera właśnie, moim zdaniem, trochę czerpie, zwłaszcza postać szefa komendy policji (?) (w tej roli Cezary Żak), który mocno przypomina Marka Kondrata z I części komedii Machulskiego.

Co, jeśli cokolwiek, zasługuje w Ciachu na plusa? Jest kilka takich rzeczy/osób/scen. Na pewno komicznie zagrał Paweł Małaszyński, udowadniając tym samym, że stać go na więcej niż role amantów i seriale telewizyjne. Jego bohater, lekko opózniony w rozwoju, głupkowaty Karolek, tzw. retard, jest czasami rewelacyjny i wzbudził, przynajmnie we mnie, kilka wybuchów śmiechu. Polecam zwłaszcza moment ze Świętym Mikołajem, kiedy to Karolek rytmicznie podryguje w rytm tandetnej muzyki techno. Tym wcieleniem Małaszyński przypominał mi bardzo, ale to bardzo Brada Pitta z Tajne prze poufne braci Cohen. Obaj grają tlenionych, skretyniałych, infantylnych i umięsnionych facetów, a przy tym obaj bawią, a rozbawić w kinie, jak wiemy, jest najtrudniej.

Dobra jest też Joasia Liszowska. Ta aktorka nie boi się wypaść w filmie zabawnie, ma ciekawą, mocną mimikę i jest naprawdę śmieszna! Gra nowobogacką, ostrą bizneswoman, opaloną, z tipsami i blond lokami, która tłamsi męża i przypomina trochę tzw. nowych ruskich. W zasadzie każda scena z Aśką jest udana. Kilka można było zobaczyć już w zwiastunie Ciacha, gdzie z ust Liszowskiej pada całkiem niezły tekst: "Śpieszmy się kochać mężczyzn, tak szybko dochodzą".

Spodobał mi się również Marcin Bosak. On także pokazuje, że talent aktorski jak najbardziej ma. Jego postać to podtatusiały, znerwicowany informatyk, czyli bardzo aktualny typ we współczesnych społeczeństwach (Alanku, nie martw się, ty taki nie jesteś, kochanie! :*). Brawa dla charakteryzatorów - nigdy nie sądziłam, że Bosak może wypaść tak przekonująco na dużym ekranie i to w tak obcej jego dotychczasowemu dorobkowi roli! On po prostu STAŁ  SIĘ informatykiem i myslę, że urzekł tym widownię.

Nie zamierzam także zalać falą krytyki Marty Żmudy Trzebiatowskiej. Szczerze mówiąc, nie wiem za co aż tak bardzo dostaje jej się w recenzjach Ciacha, takich, jak na przykład ta w Rzeczpospolitej: "Miała być w tym filmie ostrą, twardą, pieprzną dziewczyną, a no niestety, jest bezbarwna, jak beza niestety." Jak dla mnie, Marta miała być u Vegi głównie drapieżna i seksowna- i taka właśnie jest. Scena z jej striptizem w więzieniu jest gorrrrąca! Zresztą, czego by nie mówić o jej grze (choć ja bym się naprawdę nie czepiała), udało jej się położyć kres temu lukrowanemu wizerunkowi grzecznej, uległej dziewczynki. I chwała za to Bogu!

No a teraz, dla równowagi, trochę minusów Ciacha. Przede wszystkim - humor. Pierwsze sceny z udziałem Tomasza Karolaka, który mnie nigdy specjalnie nie bawił, ale akurat do filmu Vegi pasuje, są...żenujące i obrzydliwe!!! Podobno nie są też wytworem wyobraźni twórców filmu, ale już gdzieś wcześniej ktoś coś takiego wymyślił (- tak czytałam w jednej z recenzji dostępnych online). W roli komediowej nie sprawdza się też Danuta Stenka. Ta dama polskiego teatru i jedna z najlepszych aktorek naszego kraju w ogóle nie wpasowuje się w postać, jaką ma kreować na ekranie Ciacha. Ale wróćmy do zawartości komediowej filmu. Prawda jest taka, że chyba ze 2/3 dzieła Vegi śmieszne wcale nie są. Kilka momentów jest rzeczywiście dobrych, kilka nawet bardzo (np. scena z wymuszaniem zeznań od Ciasnego Wieśka), ale dużo jest absolutnie nieśmiesznych, choć widać , że reżyser usilnie chciał nas do tego śmiechu nakłonić. Po projekcji część osób, z którymi rozmawiałam, mówiła, że niektóre żarty zostały żywcem wzięte z www.youtube.com (? - wiecie coś o tym???), a znowu inni, że scenarzysta wkomponował do historii wiele czerstwych dowcipów (patrz: scena spaceru po lesie Eli i Karolka).

Co do muzyki, to nie miałabym większych zastrzeżeń. Oczywiście, nie wspomnę nawet o singlu promującym film (ŻENADA tekstowa i muzyczna!), ale zwróćcie proszę uwagę na ostatnią scenę Ciacha, kiedy bohaterowie szaleją do YMCA. Tutaj nasuwa się pytanie: po jaką cholerę zwieńczeniem filmu, które ma na pewno w teorii COKOLWIEK wyrażać, jest stary jak świat przebój The Village People?! Mi to jakoś z żadnej strony nie pasuje i absolutnie kłóci się z treścią filmu. Nie wiem, zważywszy na to, że historia opowiada o braciach gotowych na wszystko, by wyciągnąć z kłopotów siostrę, to mogli tańczyć na przykład w rytm hitu Sister Sledge We are family????? This would make much more sense.

Tak więc oceniam Ciacho na 3/6 (i jestem łaskawa). To i tak nieźle, jak sądzę. Nie jest to bowiem ani najlepsza polska komedia wszechczasów, ani również największa klapa rodzimego kina. Zresztą, ocencie sami- Ciacho już w kinach.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 23 kwietnia 2017

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O mnie

Natalia Anna, czyli:

absolwentka Iberystyki UW, dziennikarz, redaktor, krytyk filmowy;
miłośniczka kina i wszystkiego, co NIE debilne, durne, pretensjonalne, konserwatywne, kiczowate i wtórne, czyli dobrej literatury, muzyki, teatru, podróżowania (bez aparatu i pstrykania 1325 zdjęć zabytków, pomników etc. a za to w doborowym towarzystwie), smacznego jedzenia, długiego spania i czytania do 3 nad ranem

Moje motto: "Extreme laziness puts your life on hold. Get up and get going!"