Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 786 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Essential Killing czyli "w końcu nas docenili!"

niedziela, 24 października 2010 18:02

Wszyscy ci, którzy uważają, że zawsze i wszystko krytykuję, będą mieli kolejny dowód potwierdzający ich teorię. Niemniej jednak, mimo że za chwilę ostro wypowiem się na temat kolejnego filmu, chciałabym zaznaczyć, że na Movielicious wielokrotnie chwaliłam różne dzieła kinematografii, a w razie wątpliwości, proponuję zajrzeć do archiwum bloga.
Tym razem będę mówić o Essential Killing Jerzego Skolimowskiego, czyli filmie chwalonym bezustannie w naszym kraju i od czasu do czasu (na przykład na festiwalu w Wenecji) zagranicą.

Bardzo nie podoba mi się, że Polacy mają tendencję do orgazmicznych zachwytów nad każdym produktem rodzimym, jaki zauważono na zachodzie. Szkoda, że nie bierzemy przykładu z Francuzów, którzy poddają krytyce wszelkie "absoluty", w tym swoich twórców takich jak Godard czy Lelouch. Nie, my wygłaszamy peany na cześć wszystkich tych, którzy w jakimś stopniu TAM zabłysną, choćby nawet światłem odbitym, choćby na krótką chwilę, i niemal nikt nie raczy zadać sobie pytania: "Czy aby na pewno jest czym się tak podniecać?".
Cóż, w wypadku Essential Killing moim zdaniem zdecydowanie nie ma. Wrażenie robią może jedynie zdjęcia, i to raczej tylko na początku filmu. Potem jesteśmy już wyłącznie świadkami pogoni za zaszczutym człowiekiem, który za wszelką cenę będzie walczył o przetrwanie, a przez cały film nie powie w zasadzie ani jednego słowa.

Heroiczna ucieczka ściganego przed ścigającymi, jego zaszczuty wzrok, wszechobecny strach i wola życia nasuneły mi dwa skojarzenia. Pierwsze, to film Gibsona Apocalypto, który ktoś kiedyś trafnie porównał do gry komputerowej: pokonuj wszystkich przeciwników i do przodu! Drugie to Pianista Romana Polańskiego. Dziwi was związek między dziełem Skolimowskiego a Polańskiego? Mnie nie. Zwłaszcza gdy oglądam w kinie scenę, kiedy to Vincent Galo przeprawia się przez puszczę - pośrodku aż do horyzontu pas niczym nie zmąconego śniegu, po prawej i lewej okalający go niemy las, a w centrum tego obrazka nasz bohater. Pamiętacie podobny obrazek z Pianisty, gdy Szpilman wychodzi na ulicę zbombardowanej Warszawy? Dla tych, którzy nie odtwarzają tego kadru w pamięci, proponuję zerknąć na plakat Pianisty. Poza tym, dodajmy, że Galo bardzo Brodiego przypomina - podobnie gra, podobnie wygląda, stosuje podobną mimikę. Ale Essential Killing niestety Pianiście do pięt nie dorasta. I kilkuminutowy udział Emmanuelle Seigner też go nie uratował.

W filmie Skolimowskiego po raz kolejny drażniło mnie też ukazanie Polski (choć reżyser i producenci zarzekają się, że chodzi jedynie o "kraj Europy Wschodniej") jako miejsca zdegenerowanego, beznadziejnego i upodlonego do cna. Tak samo był i w Czterech Nocach z Anną, czyli produkcji, po której nie jeden człowiek zapewne chciał skoczyć z mostu powalony mega dawką beznadziei, jaka zeń emanowała. Pamiętam, jak koleżanka z Finlandii zobaczywszy Cztery Noce zapytała mnie: "Nata, u was naprawdę tak się żyje..? Naprawdę są tacy ludzie i miejsca? Jeśli tak, to bardzo ci współczuję..." Co ważne, nie zapominajmy, że oba filmy stworzył reżyser, którego w ojczyźnie nie było ponad 20 lat, a gdy już wrócił, to zaszył się w lesie - no comment.

Chciałabym tu zaznaczyć, że w naszym kinie od jakiegoś czasu panuje dziwne przekonanie, że im bardziej mrocznie i negatywnie, tym na pewno lepiej. Tak było w 33 scenach z życia Szumowskiej, tak jest i u Skolimowskiego. Dla ścisłości - nie jestem fanką plastikowych, sztucznych i durnych polskich komedii romantycznych, a jedynie dobrego, uniwersalnego kina.

Na koniec pozwolę sobie postawić pytanie, jakie trafnie sformułowała moja znajoma dziennikarka: "Jaki jest sens tego filmu?". Odpowiedź: "Nie ma". No, a teraz spokojnie poczekam na gromy, jakie na pewno wkrótce spadną na moją biedną głowę...

P.S.
Tylko czekać, jak we wtorek na kanapie w swoim show rozentuzjazmowany Kuba Wojewódzki będzie się rozpływał nad "arcydziełem mistrza"...
P.P.S.
Tym, którzy stracili wiarę w to, że stary człowiek jednak wciąż może, polecam film Ghost Writer, czyli genialne dzieło prawdziwego Mistrza.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

"Śluby Panieńskie" Filipa Bajona rozczarowują...

poniedziałek, 04 października 2010 22:35

Borys Szyc, Maciej Stuhr i Robert Więckiewicz, czyli chyba najciekawsi aktorzy nowego polskiego kina, plus Marta Żmuda Trzebiatowska i Anna Cieślak, a więc tyleż piękne, co utalentowane młode damy. Do tego smakowitego zestawu dodajmy jeszcze zmysłową Edytę Olszówkę i, choć w tym wypadku chodzi wyłącznie o epizody, mistrzów ekranu - Wiktora Zborowskiego, Andrzeja Grabowskiego i Daniela Olbrychskiego. A jednak mimo wszystko Śluby Panieńskie okazały się klapą!

Winię reżysera. Mówiąc krótko - przekombinował. Jak wyznał sam podczas dzisiejszej konferencji prasowej, nie chciał robić "zwykłej ekranizacji lektury szkolnej, ale samemu mieć trochę frajdy". Efekt tego taki, że Bajon  podczas realizacji swojego filmu może i dobrze się bawił, ale widz w kinie już mniej.

Głównym minusem bajońskich Ślubów Panieńskich jest chaotyczne wprowadzenie doń elementów współczesnych, które to najpierw mocno zaskakują, a potem zaczynają zwyczajnie irytować (żenować...???). Reżyser tłumaczył, że pragnął sprawdzić Fredrę w dzisiejszym, nowoczesnym świecie. Pomysł może i dobry, ale wykonanie pozbawione najmniejszego sensu. W skrócie wygląda to bowiem tak, że bohaterowie nagle, ni z tego, ni z owego, kontaktują się ze sobą przez telefony komórkowe, (znak epoki! ;-)),  piją wodę Żywiec, palą papierosy, bądź - jeszcze z wierszem na ustach - opadają na białe plastikowe krzesła (rodem tych z europejskich wczasów All Inclusive) i wysyłają ku sobie przeciągłe, wyzywające spojrzenia (konfiguracje inne niż na ekranie). Aha, zapomniałabym o samochodach ze sprzętem i garderobą, które jakoby stanowią tło, oraz o kręcących się tu i ówdzie osobach z ekipy produkcyjnej. Po co to wszystko - nie wiem. Nie wiem też, w jakim stopniu podobne kuriozalne zabiegi miałyby być testem  na uniwersalność Ślubów Panieńskich. Najwyraźniej Bajon chciał pójść w stronę kina artystycznego, troszeczkę zapachniało też może Von Trierem (patrz: Dogville), ale efekt, niestety, jest marny.

Choć aktorsko film jest iście popisowy! Młody Stuhr uwodzi na ekranie, Szyc z białą grzywą rozbawia, Więckiewicz poraża warsztatem i profesjonalizmem, a Marta i Anna po prostu czarują. Nie rozumiem dlaczego Żmudę Trzebiatowską ochrzczono kiedyś "drewnianą". Może dlatego, że jest wielkiej urody? A że przecież - zwłaszcza w Polsce - nie można mieć wszystkiego, no to czegoś trzeba było dziewczynę pozbawić. Jednak talent i wdzięk Marty bronią się spokojnie w Ślubach Panieńskich i zamykają usta złośliwcom.

Niestety, pomysł na wymyślną adaptację komedii Fredry okazał się nietrafiony i z tego, co wiem (wyłączając głośne zachwyty wyrażane przez pewną rozentuzjazmowaną starszą panią podczas konferencji), większość dziennikarzy jest tego samego zdania.
Panie Bajonie! A można było zrobić poprawną i miłą dla oka i ucha "zwykłą ekranizację lektury szkolnej". Przecież z Przedwiośniem wyszło tak pięknie! Cóż, lepsze jest czasem wrogiem dobrego i kino przekonało się o tym już nie jeden raz.

Nata

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (34) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O mnie

Natalia Anna, czyli:

absolwentka Iberystyki UW, dziennikarz, redaktor, krytyk filmowy;
miłośniczka kina i wszystkiego, co NIE debilne, durne, pretensjonalne, konserwatywne, kiczowate i wtórne, czyli dobrej literatury, muzyki, teatru, podróżowania (bez aparatu i pstrykania 1325 zdjęć zabytków, pomników etc. a za to w doborowym towarzystwie), smacznego jedzenia, długiego spania i czytania do 3 nad ranem

Moje motto: "Extreme laziness puts your life on hold. Get up and get going!"