Bloog Wirtualna Polska
Są 1 239 142 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Śmiech na sali

środa, 25 listopada 2009 23:53

Tym razem chcę napisać o tym, co poraziło mnie w czasie projekcji "Libanu" w jednym z warszawskich kin. Tak więc: mamy scenę, kiedy to jeden z żołnierzy zamkniętych w czołgu wpada w otępienie i, zdawszy sobie sprawę, że z misji, w której uczestniczy, najprawdopodobniej nikt nie wyjdzie żywy, znajduje się niemal na skraju szaleństwa. W tej to chwili postanawia wyczyścić czołg, a także doprowadzić samego siebie do porządku, bo przecież utrzymanie higieny to podstawa. Toteż zaczyna się golić i z (pozornym) pełnym spokojem zachęca do tego swych towarzyszy. Rechot.

Nie wiem JAK to się dzieje, że gdy na twarzy żołnierza pot miesza się ze łzami, a ręka, w której trzyma brzytwę, drży, publiczność jest skłonna do śmiechu. Wynika to chyba (?) z poniższych powodów:

a) reakcji obronnej, czyli nieumiejętności radzenia sobie z intensywnymi emocjami i dramatyzmem widocznymi na ekranie
b) psychologii tłumu (zasada domino: jeden chichot zradza kolejne)
c) potrzeby poczucia dobrze zainwestowanych pieniędzy (gdyż niestety dla wielu miarą jakości filmu jest ilość wybuchów śmiechu lub momentów strachu)

Jeśli chodzi o mnie to podobne zachowania zawsze budzą mój niesmak, choć jak dotąd nigdy nie odważyłam się ich głośno skomentować, a to pewnie dlatego, że zwykle jestem w mniejszości.

Podobne zdarzenia miały miejsce gdy oglądałam "Zero" Pawła Borowskiego. Śmiech znów pojawiał się w najmniej oczekiwanym momencie lub też w chwilach może i zabawnych w teorii, ale czy aż tak by rżeć ze śmiechu, np. gdy bohater się potknie, przewróci, przejęzyczy, doleje sobie kilka razy w ciągu danej sceny kawy...? I nie chodzi mi tutaj o pogardliwy śmieszek, czy też raczej śmiech przez łzy, ale o zwykły, pusty i prosty impuls.

Wspomnę też "Rewers" i pamiętny moment umierania Bronisława po zażyciu trucizny, dla mnie raczej przerażający niż śmieszny - wyłączając oczywiście kwestię Sabiny: "Przepraszam, myślałam, że to krócej trwa" (cytat z pamięci).

Moi drodzy, pamiętajmy, że śmiech nie musi potwierdzać naszej obecności w kinie, ani też świadczyć o tym, że film jest dobry (chyba że chodzi o komedię!), nie wspominając już, że nie należy bronić się przed emocjami w kinie, które mają czasem działanie terapeutyczne. Myślę, że ten chichot, tak częsty w czasie filmów zaangażowanych, czy też, mówiąc prościej, skrajnie NIE komediowych, jest zwyczajnie wyrazem głupoty i ignorancji ze strony widza. Zresztą sami przyjrzyjcie się reakcjom widowni gdy następnym razem będziecie w kinie na, hymmmmmmmm, na przykład na "Białej Wstążce", bo choć po M.Haneke można się  zawsze wiele spodziewać, to raczej NIE oczekujemy w jego dziełach komizmu, a zapewniam was (i obym się myliła), że tytułowy śmiech na sali się pojawi...

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

O Złotych Kaczkach słów kilka...

piątek, 20 listopada 2009 4:06

 

Rozdanie najstarszych polskich nagród filmowych, Złotych Kaczek, odbyło się wczoraj wieczorem (18.11) w Sali Kongresowej PKiN w Warszawie. Najlepszą aktorką została, i nie ma tu ani krzty zaskoczenia, Krystyna Janda. O jej wspaniałej kreacji w Tataraku Andrzeja Wajdy wspominałam komentując Rewers. Moim zdaniem jest to nagroda absolutnie zasłużona i wydaje mi się, że każdy, kto widział Tatarak przyzna mi rację.


Janda gra tam na dwóch płaszczyznach: jako Maria, główna bohaterka opowiadania Iwaszkiewicza pod tym samym tytułem, które to stanowi bazę filmu (innym dziełem literackim, do którego odwołuje się obraz Wajdy jest Nagłe wezwanie Sandora Maraiego), a także jako aktorka, kobieta, która straciła niedawno ukochanego męża i musi poradzić sobie z traumą niespodziewanej śmierci- czyli jako ona sama.


W obu wcieleniach Janda wypada bezbłędnie. Jej osobisty, rozdzierający monolog jest jakby spowiedzią, intymnym wyznaniem, jakie być może ma przynieść ulgę w jej bólu po stracie najbliższej osoby (mąż aktorki, Edward Kłosiński, zmarł  w styczniu 2008 roku; to jemu Wajda zadedykował Tatarak).


Janda otrzymała także statuetkę dla najlepszej aktorki filmów historyczno-kostiumowych, pokonując tym samym niezapomnianą Barbarę Radziwiłłównę, Annę Dymną.




Borysa Szyca uznano za najlepszego polskiego aktora sezonu. Tutaj też obyło się bez większych niespodzianek, bo nie od dziś wiadomo jak bardzo utalentowany jest Szyc, poza tym zdobył już nagrodę w tej samej kategorii we wrześniu w Gdyni (za rolę Silnego w Wojnie polsko-ruskiej Xawerego Żuławskiego). Osobiście nie przepadałam za Szycem do momentu gdy zobaczyłam go w ekranizacji powieści Masłowskiej: był REWELACYJNY! Gdyby nie on, film na pewno nie odniósłby takiego sukcesu. Aktor jest po prostu genialny w roli Silnego- łysego, napakowanego buca, dresiarza, ignoranta i „macho" jakich pełno na polskich ulicach. Idealna mimika, genialne gesty, sposób poruszania się, mówienia- iście oskarowa rola. Brawo, Borys!




Po tej dawce pozytywnych komentarzy nastąpił czas na kroplę goryczy. 33 sceny z życia w reżyserii Małgorzaty Szumowskiej wygrały jako najlepszy film i najlepszy scenariusz 2008/2009.  Cóż, nie mogę się w pełni zgodzić z tym werdyktem.


Film Szumowskiej widziałam dawno, bo chyba jakoś na początku roku, ale wciąż dobrze pamiętam zawód i niesmak jaki spowodował. Uważam, że 33 sceny z życia to po prostu pornografia śmierci. Umieranie jest tu przedstawione dosłownie i dobitnie, czuć jego zapach, jego fizyczną obecność. Rak trawi ciało kobiety w średnim wieku (w tej roli Małgorzata Hajewska) bezwzględnie, niemiłosiernie i bezustannie. Trawi też jej umysł. Pozbawia włosów, wyostrza rysy twarzy, spowija kobietę bólem i odbiera jej wszelką niezależność.


Problem w tym, że cały ten naturalizm nie ma żadnego większego sensu, jest jedynie ilustracją. Mamy po prostu spojrzeć śmierci, czy może chorobie, w oczy, przyjrzeć się jej z bliska, doświadczyć jej, zdać sobie sprawę, że JEST.


Należę do osób, które nie muszą ZOBACZYĆ by UWIERZYĆ, dlatego też fakt, że w 33 scenach z życia Szumowska stawia mnie vis-a-vis z chorobą, cierpieniem i śmiercią ani nie nawróci mnie na drogę współczucia ani też specjalnie mną nie wstrząśnie, a już na pewno nie wzruszy, gdyż zawsze bardziej porusza mnie to co między słowami,  co zasugerowane, przeczuwane, a nie pokazane z dokładnością skali 1:1.


Myślę, że obecnie zauważalna jest pewna tendencja w kinie polskim: filmy ilustrują różne patologie, ale nie próbują w żaden sposób ich interpretować, tłumaczyć, dociekać dlaczego jest tak, a nie inaczej. Są tylko ich świadectwem. Na podobną przypadłość cierpi podobno produkcja jaką możemy oglądać ostatnio w kinach, czyli Galerianki Katarzyny Rosłaniec (czego niestety nie jestem w stanie potwierdzić, bo filmu jeszcze nie widziałam).


Drugą kwestią jaka razi mnie w 33 scenach z życia są postaci, czyli główna bohaterka, Julia (Julia Jentsch), która przez większość czasu śmieje się i zastanawia jakby tu zdradzić męża (granego przez świetnego Maćka Stuhra), jej siostra (Izabela Kuna, której fenomenu wciąż nie rozumiem) oraz ojciec obu dziewcząt i mąż chorej kobiety (do roli Jarosława Hudziaka najmniej mogę się przyczepić).


Problem z owymi postaciami mam taki, że są one wbrew pozorom bardzo jednowymiarowe, pozbawione pewnej autentyczności, antypatyczne, teatralne (zwłaszcza Kuna). Główna bohaterka jest, moim zdaniem, po prostu rozpuszczona i głupia i nie ma tutaj co dorabiać ideologii. Podoba mi się, owszem, idea nieumiejętności radzenia sobie ze śmiercią (czasem zamiast łez pojawia się dziki chichot lub obojętność), nie podoba mi się natomiast sposób jej przedstawienia przez wymienionych aktorów (nie wiem, być może to wina scenariusza).


Sumując, w teorii film wydawał się ciekawy i poruszający, w rzeczywistości epatował zgnilizną, smrodem i rozkładem (tak fizycznym jak moralnym). W ogóle nie jestem w stanie skomentować postaci Adriana (Peter Gantzler), podstarzałego, autystycznego faceta, który ma tę fantastyczną i bliżej niezrozumiałą zdolność pojmowania w lot uczuć wszystkich bez znajomości sytuacji, kontekstu, a także samych zainteresowanych. Imię „Adrian" nie pasuje do niego z żadnej strony, odbiera mu powagę jaką chyba w założeniu miał emanować.


A jednak to właśnie z Adrianem Julia zdradzi swojego męża, Piotra. Być może stanie się tak dlatego, że Adrian, w przeciwieństwie do Piotra, JEST. Trwa przy Julii gdy umiera matka, jest z nią gdy umiera ojciec i zawsze gdy dziewczyna potrzebuje pocieszenia. Piotra nie ma ze względów zawodowych. Wydaje mi się, że tylko ten fakt OBECNOŚCI Adriana tłumaczy zainteresowanie Julii jego osobą (innego powodu nie znajduję).


Myślę więc, że Szumowską nagrodzono, bo w pewnym sensie faktycznie przełamała tabu- i nie chodzi mi tu o fokus na wszystkie stadia śmierci, bo to już w kinie było, lecz o zaznaczenie tych niekoniecznie adekwatnych do sytuacji reakcji i emocji.




Ponieważ obiecałam, że movielicious.bloog.pl/ będzie nie tylko o filmach, więc na koniec trochę o modzie, a konkretnie o strojach polskich VIP-ów na gali wręczenia Złotych Kaczek.


Jak zwykle przeważało tzw. przekombinowanie- gwiazdy i gwiazdki na siłę chciały być modne, stylowe i trendy, co czasem kończy się średnio. Po raz kolejny potwierdza to stylizacja Weroniki Rosati (kiedy wreszcie aktorka zrozumie, że z tak piorunującą urodą wystarczy zwykły T-shirt i dżinsy?), Edyty Herbuś (jakimś cudem udało jej się zatuszować idealnie zgrabną figurę i dodać sobie lat), Natalii Lesz (absolutnie nie ten typ urody do tej sukienki), czy Anny Muchy vel „muchy hiszpańskiej" (!), jak mówiła o sobie w zeszłotygodniowym TzG (loczki? po co te loczki?! po co te bufki??!!).


Jednak to nie wyżej wymienione panie zaliczam do grona najgorzej ubranych. W tej niezbyt zaszczytnej grupie znalazły się natomiast: Iwona Kutyna (po raz kolejny zła fryzura + zły, za ostry wizerunek + fatalny, banalny, źle dobrany i źle skompletowany strój),  Małgorzata Potocka (brak zmian w kiepskiej stylizacji od wielu, wielu lat) i Ilona Ostrowska (nie ta fryzura z nie tą sukienką, efekt co najmniej dziwny).


Wśród najlepszych stylizacji wieczoru znalazły się natomiast: Marta Żmuda Trzebiatowska (trochę się co prawda postarzyła, ale jest ładnie i szykownie), Magdalena Waligórska (czarno, skromnie i z ponadczasowymi oficerkami) oraz Małgorzata Szumowska (ubrana jak zwykle stylowo i z pazurem). Nieźle prezentowała się też Katarzyna Figura, która ostatnio ukazuje pewną konsekwencję w swoich strojach, a także Alina Janowska, która mimo raczej podeszłego wieku postawiła na ostentacyjną czerwień w kreacji i na ustach, czym podbiła moje serce ;-).


Muszę przyznać, że pozytywnie zaskoczyła mnie Edyta Górniak- jej suknia w stylu greckiej bogini była bardzo a la Hollywood (choć mi podobała się średnio), a sama Górniak przypominała siebie z czasów To nie ja byłam Ewą- pełna wdzięku, dziewczęca, o wydatnych kościach policzkowych i ze spokojnym, stonowanym makijażem, a przede wszystkim bardzo, bardzo szczupła, co działa na korzyść piosenkarki. To na pewno krok w dobrą stronę, zwłaszcza po dziwnych stylizacjach w programie Jak oni śpiewają.


Zupełnie nie wiem co myśleć o look'u Sylwii Gliwy. Na ogół podobają mi się jej ubraniowe wybory, ale tym razem kompletnie nie mam pojęcia czy ta wersja jest trafiona, czy też zupełnie nie. Jakieś propozycje??


Pozdrawiam!


foto: http://www.plejada.pl/10869,,2,gwiazdy_na_gali_zlote_kaczki,fotogaleria.html 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Penelope Cruz u Davida Lettermana

czwartek, 19 listopada 2009 2:38


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Festiwal FILMY ŚWIATA ALE KINO!

środa, 18 listopada 2009 17:59

Wydaje mi się, że samego wydarzenia nie trzeba specjalnie polecać, bo już wyrobiło sobie renomę i na pewno po raz kolejny (już piąty) do ostatniego miejsca wypełnią się sale Kina Muranów i Kinoteki. Co najwyżej mogę zarekomendować kilka filmów, których po prostu NIE MOŻNA przegapić. Tak więc poniżej umieszczam absolutnie subiektywną (!) listę najlepszych pozycji tegorocznego festiwalu Ale Kino!.

GORZKIE MLEKO /La teta asustada/
reż. Claudia Llosa

Kto widział film "Madeinusa" ten zapewne mniej więcej wie czego oczekiwać po najnowszym dziele pochodzącej z Peru Claudii Llosy. Na pewno nie będzie lekko i przyjemnie, za to bardzo etnicznie, artystycznie i nietuzinkowo. Warto zaznaczyć, że "La teta asustada" zdobyła Złotego Niedźwiedzia na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Berlinie.

Jest to opowieść o młodej Peruwiance, pięknej dziewczynie o wiecznie smutnych oczach, która jest owocem  gwałtu popełnionego na jej matce w okresie walk terrorystycznych ciągnących się latami w Peru. Tytułowe gorzkie mleko to pokarm jaki wypełnia pierś kobiety która padła ofiarą brutalnej przemocy, i któym później karmiła swą córkę. Karmiona "mlekiem smutku" Fausta nigdy się nie uśmiecha i żyje w paraliżującym strachu i niepewności.

Obraz Llosy pełen jest symboli, alegorii i odniesień do peruwiańskich legend. To prawdziwa gratka dla fanów kultury latynoamerykańskiej ale także dla miłośników dobrego, intensywnego kina. Filmy Llosy są nieco specyficzne i w samym Peru opinie na temat reżyserki są mocno podzielone, jak wyznał mi Hector Galvez (peruwiański reżyser) w czasie wywiadu jaki przeprowadziłam z nim we wrześniu tego roku. Niemniej jednak zachęcam wszystkich do obejrzenia tej wyrafinowanej produkcji i do podzielenia się swymi wrażeniami na movielicious.bloog.pl


LIBAN /Lebanon/
reż. Samuel Maoz

Zwycięzca Biennale di Venezia '09, film mocny, przejmujący, który nie pozostawia obojętnym, gdzie wstrząsające, okrutne wydarzenia obserwujemy z perspektywy żołnierzy podglądających rzeczywistość na zewnątrz ze środka czołgu (dokładnie przez wizjer lufy). Koncepcja filmu wywołuje pewnego rodzaju klaustrofobię, którą potegują strach, panika i niemoc zamkniętych w czołgu żołnierzy.

"Liban" to, moim zdaniem, drugi obok "Walca z Baszirem" Ariego Folmana film o wojnie, który wprowadza pewną innowację do tego nurtu i niebanalnie opowiada o przerażających, acz wielokrotnie już komentowanych, wydarzeniach. Pamiętam, że w Wenecji po premierze "Libanu" bez przerwy mówiło się głównie o nim, a dziennikarze opuszczali salę po projekcji pełni żywych emocji i mocno poruszeni.


WYPADEK /Accident/
reż. Soi Cheang

Dobre kino akcji rodem z Hongkongu, zwłaszcza dla fanów filmu azjatyckiego (choć nie tylko). "Wypadek" porównuje się z rewelacyjnym "Przypadkiem" Krzysztofa Kieślowskiego, bo tutaj też poruszana jest rola fatum w naszym życiu.  W skrócie, film Cheanga mówi o mordercy, który zabija ludzi pozorując nieszczęśliwe wypadki. To dzieło intrygujące i, jak zapewnia producent, oryginalne. Sama jeszcze go nie widziałam, ale już mam bilet i wybieram się na pokaz w ramach festiwalu.


BABCIA  /Lola/
reż. Brillante Mendoza

Dzieło Brillante Mendozy zebrało pozytywne recenzje na tegorocznym festiwalu w Wenecji, gdzie pretendowało do Złotego Lwa. "Babcia" to historia dwóch starszych kobiet stojących, można powiedzieć, po dwóch stronach barykady: wnuk jednej z nich jest ofiarą zabójstwa, a drugiej podejrzanym o jego wykonanie. Obie desperacko próbują zdobyć pieniądze, pierwsza aby zorganizować pogrzeb, druga by wyciągnięcia wnuka z więzienia. Pewnego dnia los niespodziewanie połączy ścieżki obu babć.


CHINKA /She, a Chinese/
reż. Xiaolu Guo

"Chinkę", film, który wygrał Festiwal w Locarno '09, można było zobaczyć w pazdzierniku na Warszawskim Festiwalu Filmowym. Mi się niestety nie udało dlatego też  z pewnością obejrzę ją teraz.  Dzieło  Xiaolu Guo przedstawia podróż młodej dziewczyny z zapadłej prowincji w poszukiwaniu swojego miejsca na świecia, a także własnej tożsamości. Na uwagę zasługuje ciekawa ścieżka dzwiękowa.


CO WIESZ O ELLY? /About Elly/
reż. Asghar Farhadi

Ten film wybrałam ze względu na kraj, z którego pochodzi, czyli Iran, oraz na scenariusz, który wydał mi się intrygujący.  Co do Iranu to interesuję się nim od czasu obejrzenia "Persepolis" i dokumentów w ramach PLANETE DOC REVIEW: "Nos po irańsku" i "Mój irański raj". Ta kultura, jakże różna od tej, w której żyjemy, fascynuje mnie niezmiernie. Jeśli chodzi o scenariusz to "Co wiesz o Elly" prezentuje historię grupy przyjaciół organizujących wspólny weekend, na który jedno z nich zabiera znajomą, Elly. Niespodziewanie dziewczyna znika i nikt nie ma pojęcia co się z nią stało- jak dla mnie brzmi wystarczająco ciekawie by wybrać się do kina.


ULOTNE MARZENIA /Dreams of dust/
reż. Laurent Salgues

Ostatnio mocno zafascynowała mnie Afryka. Oczywiście kino, jak zwykle w moim przypadku, ma w tym spory udział. Zaczęło się od rewelacyjnego i nieśmiertelnego "Pożegnania z Afryką" Sydney'a Pollacka, po którym sięgnęłam po książkę Karen Blixen; następnie była "Biała Masajka" i zaciekawienie kulturą masajów, a także "Wierny Ogrodnik". Dalej, odpowiednio "Krwawy Diament", "Pan życia i śmierci", "Johnny Mad Dog" (!!!) i "Desert Flower" (widziałam ten film na festiwalu w Wenecji). Dlatego też sam fakt, że "Ulotne marzenia" dotyczą Afryki sprawił, że kupiłam bilet. Ponieważ jednak nie wszyscy z was dzielą moją fascynację to pozwolę sobie przywołać wpis z portalu imdb.com: Don't miss seeing this rare and beautiful film. A więc, chyba warto?


KABULI KID
reż. Barmak Akram

Tym razem Afganistan. Kabul (po wojnie), zwykły dzień, zwykły taksówkarz wiezie zwykłych pasażerów: kobietę i jej kilkumiesięczne dziecko. Docierają do celu. Kobieta wychodzi, wchodzi nowy pasażer...i odkrywa, że w taksówce znajduje się dziecko. Taksówkarz wybiega z samochodu by odnalezć matkę chłopca, ale ta rozpłynęła się w tłumie takich samych jak ona kobiet w ciemnych burkach zasłaniających twarz. Jak ją znalezć? Kim jest?? Gdzie jest??? 


To by było na tyle jeśli chodzi o MOJE typy. Jeśli, waszym zdaniem, pominęłam kilka równie ważnych tytułów, lub też umknęło mi jakieś wybitne arcydzieło, piszcie. Do zobaczenia w kinie!



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

2012- koniec (filmu katastroficznego) jest blisko!

środa, 18 listopada 2009 2:31

Czasmi nachodzi mnie ochota na film, który ma być czystą rozrywką, obrazem kompletnie odrealnionym, nie mającym nic a nic wspólnego z moim światem. Właśnie taka "faza" ogarnęła mnie ostatnio, gdy zdecydowałam się pójść na pokaz przedpremierowy filmu "2012". Projekcja odbyła się w 11 listopada o godz. 23:59, dla spotęgowania napięcia, jak sądzę, no bo w końcu miało być o końcu naszej cywilizacji, o zagładzie, która przecież spodziewana jest od tak dawna! I choć żadna z prognoz jak dotąd się nie spełniła,  twórcy (zwłaszcza ci z Hollywood) ciągle wymyślają kolejne ZNAKI, które to mają uświadomić nam jej nieuchronność, lub też coraz to nowe warianty owego końca. Było już globalne zlodowacenie ("Pojutrze"), byli kosmici ze śmiesznego filmu "Zapowiedz" (który to śmiesznym w założeniu miał nie być), natomiast tym razem postawiono na  starożytny kalendarz Majów, który to kończy się datą 21.12.2012 (oczywiście wzięto ten znak za zapowiedz apokalipsy).

Niestety istnieje szerokie grono filmów zwyczajnie durnych. Są to produkcje, które traktują widza jako niespełna rozumu pożeracza popcornu, który kupi wszystko, byle tylko efektownie zapakowane. Do takich filmów należy "2012". Szkoda, bo potencjał był, pomysł dobry i na pewno przyciągnąłby (przyciągnie?) rzesze widzów, bo przecież są wśród nas tacy, którzy wierzą, że w 2012 czeka nas "ostateczne rozwiązanie".

Siedząc w fotelu w kinie i patrząc na kolejne nadlatujące kule ognia i odłamy skał, zrozumiałam, że z kinem katastroficznym jest jak z jedzeniem lodów: nadmiar zmrożonej substancji zamraża mózg. Chyba znacie to uczucie, gdy po pochłonięciu kolejnej łyżeczki sorbetu, powiedzmy cytrynowego, wydaje was się, że zlodowaciała wam część twarzy? Cóż, mój znajomy nazywa to "zamrożeniem mózgu". Spodobało mi się to sformułowanie i odniosłam je do oglądanego filmu: nadmiar efektów specjalnych, huku i wszechogarniającego hałasu po prostu zamraża mózg- człowiek nie daje rady przyjąć więcej. Dlatego też seans przypłaciłam ostrą migreną, której nie pokonał nawet nurofen ;-).

Wracając do durności omawianego filmu, to przejawia się ona w kilku aspektach. Przede wszystkim: klisze. Po raz już nie wiem który mamy złego ojca (John Cusack), który porzucił żonę (Amanda Peet) i dzieci dla pracy (w tym wypadku nad książką) i mamy oczywiście wszystkie te smutne spojrzenia pełne wyrzutu (patrz: syn), niechęć ze strony byłej żony i jej obecnego partnera , Gordona (Thomas McCarthy), no i w końcu jest sam ojciec, który nieudolnie (jak zwykle, patrz: "Zapowiedz", "Jezdzcy Apokalipsy") próbuje nadrobić stracony czas i zająć się  z sukcesem dziecmi. Poza tym: stereotypy (!!!) Rosjanie przedstawieni tak, jak we współczesnych karykaturach: mężczyzni grubi, bogaci i w łańcuchach, ignoranci i chamy; kobiety to tlenione blondynki z tipsami, mikro pieskami i mikro mózgami (za to z mega biustami). Jest też dobry i prawy prezydent USA, który, uwaga!, NIE JEST biały (Chris Rock stwierdził  swego czasu, że za każdym razem gdy czarnoskóry gra prezydenta to do ziemi zbliża się akurat wielki meteoryt, który ma położyć kres ludzkości), jego święta córka (bo taka być przecież musi!), i ten podział na dobrych i...może NIE złych, ale MNIEJ dobrych.

Jak wiadomo wspólne nieszczęścia łączą, a trudno o bardziej wspólne doświadczenie niż całkowita zagłada ludzkości, więc główny bohater/zły ojciec/zły mąż szybko znajduje wspólny język i z dziećmi i z nowym facetem ex żony i w końcu z nią samą. W chyba 10 sekund (może mniej?) przekonują się, że, jakież to zaskakujące, łączy ich wielka miłość. No dobra, ale co z facetem żony, Gordonem? Trzeba się go jakoś pozbyć, żeby mogło być "i żyli długo i szczęśliwie" choćby nawet na arce ratującej garstkę ludzi od zagłady. Tak więc przeszkoda w postaci Gordona zostaje zgrabnie usunięta (wpada między wielkie koła zębate) i widać, że wszyscy tylko odetchnęli z ulgą (bo czymże jest ta ofiara wobec prawdziwej miłości?). Teraz więc ojciec będzie mógł się zrehabilitować, miłość wybuchnie ze zdwojoną siłą, a pamięć o apokalipsie zniknie niezauważalnie i wszyscy rozpoczną podróż, niczym na "Statku Miłości" (org.: "Love Boat") ku nowemu lądowi, Afryce (tak,  to już oficjalne, nowa tendencja w rządzie USA przeniosła się na kino ;-)).

Naprawdę, moi drodzy, na taką ilość bzdur nawet nurofen nie pomoże.

P.S.
Obiecuję zamieścić wkrótce mniej negatywne recenzje ;-).

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 23 kwietnia 2017

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O mnie

Natalia Anna, czyli:

absolwentka Iberystyki UW, dziennikarz, redaktor, krytyk filmowy;
miłośniczka kina i wszystkiego, co NIE debilne, durne, pretensjonalne, konserwatywne, kiczowate i wtórne, czyli dobrej literatury, muzyki, teatru, podróżowania (bez aparatu i pstrykania 1325 zdjęć zabytków, pomników etc. a za to w doborowym towarzystwie), smacznego jedzenia, długiego spania i czytania do 3 nad ranem

Moje motto: "Extreme laziness puts your life on hold. Get up and get going!"