Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 944 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

BLOG ROKU 2009 - głosujcie na movielicious!!!

środa, 30 grudnia 2009 13:12
;-)

Kochani, wiem, że mój 2-miesięczny movielicious.bloog.pl ma małe szanse na jakikolwiek sukces w tym konkursie :). Niemniej jednak, jeśli w miarę podoba wam się koncepcja movielicious, a także to, co tutaj zamieszczam (czy też: zamieszczamy), byłoby super gdybyście oddali głos na mojego bloga.

Dziękuję wszystkim za częste odwiedzanie movielicious. Mam nadzieję, że przynajmniej czasami udało mi się was rozbawić lub zainteresować którymś z filmów. Liczę, że będziecie tu zaglądać także w 2010 roku.

Tymczasem życzę wszystkim świetnego Sylwestra z dobrą muzyką bądz z dobrym kinem, a także wielkich sukcesów, zdrowia (bo to najważniejsze!) i szczęścia w nowym roku.

Pozdrawiam was serdecznie i dołączam buziaki,
Nata.

P.S.
Zapraszam też do galerii, gdzie dodałam wiele moich ulubionych zdjęć ukochanych gwiazd ;-).
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Film o budżecie, czyli moja przyjaciółka o Avatarze :)

wtorek, 29 grudnia 2009 1:10

Film o budżecie


"Gdzie jak nie na swoim blogu mogę objechać AVATARA, którego choćby z powodu wygórowanego budżetu, objeżdżać nie wypada?

Pierwszy news z wyborcza.biz (nowe odkrycie medialne) o tym filmie głosi:
"najnowsza produkcja Jamesa Camerona - zebrał w ciągu weekendu 242 mln dol. w kinach na całym świecie."
-zapytam, i co z tego?
Wydał około 300 mln. dol. więc dwa takie weekendy i zarobi drugie tyle.
I starczy.
Ha, wcale nie, jak dalej donosi owy portal: "Według "New York Timesa" budżet "Avatara" wraz z funduszami na globalną promocję filmu sięgnął 500 mln dol. "
No to niech pobędzie w tych kinach miesiąc, no.

Nie wiem czym się tu zachwycać?
Ja zachwyciłam się jedynie sceną lotu na pterodaktylowatym zwierzęciu. Bardzo przyjemna chwila z oglądania tego filmu, bohaterowie muszą najpierw wybrać ptaka, on musi też wybrać niebieskiego człowieka i potem go oswoić. Scena jest spełnieniem dziecięcych marzeń każdego człowieka, który w pewnym momencie swojego życia śnił o lataniu...


Co się dzieje w filmie? Nic ciekawego. Dlatego z miejsca ostrzegam, jeśli się już wybieracie, idźcie na 3D, bo inaczej uśniecie w połowie i sensu taki seans miał nie będzie.
Mamy materialistów z korporacji, mamy zapalonych ekologów-naukowców, mamy zgraję marines, czyli prostaków-wojaków oraz nowoodkrytą planetę Pandorę z niebieskimi ludźmi Na'vi, wzorowanymi na Majach z innej prostackiej wizji filmowej Apocalypto Gibsona - ludzie lasu, nieskalanie dobrzy, żyjący w harmonii z Matką Naturą.

Perypetie tych socjologicznych grup ludności są tak łatwe do przewidzenia, że nawet nie zamierzam ich przedstawiać. Wiadomo co będzie się działo i jak się skończy.

Ja rozumiem, że nie dla głębi opowieści chodzi się na takie superprodukcje, ale spodziewałabym się CZEGOŚ, czegokolwiek nowego, jakiejś wartości dodanej. Nie wierzę, że przy takim budżecie nie można zainwestować w scenariusz, niechby był błyskotliwy i śmieszny jak to bywa choćby w Shreku. Nie jest. Można przewidzieć wszystko i tylko czekamy na sceny typu latanie na pterodaktylowatym, czy beztroskie bieganie po dziewiczej krainie, a też nie jest ich wiele.

Film 3D sam w sobie nie jest już taką nowością, żeby lecieć na niego z wywieszonym jęzorem, niestety. Trójwymiarowe efekty już nikogo w fotel nie wbiją.
Próbuję szukać plusów typu piękny, bajkowy, fluorescencyjny świat, ale jakoś nie zachwyca tak, jak to sobie wyobrażałam. Irytują przy tym wszystkim sceny z latającą ciężką artylerią, ostrzeliwanie tej pięknej krainy, te przedłuuuuużające katorgę wybuchy - męczące, za długie...
Przyznam szczerze, że tak w połowie tego filmu stwierdziłam, że nawet miło się na to patrzy, niestety czekała mnie jeszcze druga tak samo długa dawka tego filmu, no i przez to czara się przelała.

Dla mnie jest to najbardziej przereklamowany KIT tego sezonu.
Nein, nein, nein!"

Maria Magdalena Chęć: http://marynqawmadrycie.blogspot.com


P.S.
Słuchajcie- dajcie już spokój. Jescze raz dzięki za konstruktywną (!) krytykę w imieniu MOIM i MARYSI. Ale przestańcie już wrzucać komentarze. Już NA PEWNO odpowiednia reklama została AVATAROWI zrobiona. Przejrzałam wszystkie wpisy, znam wasze różne zdania. Szanujmy się nawzajem!

Pozdraiwam
NataAna.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (317) | dodaj komentarz

THE BEST of 2009, czyli najlepsze filmy jakie OBEJRZAŁAM w tym roku (jak zwykle subiektywnie)

niedziela, 27 grudnia 2009 21:29

 

 

1. Droga do szczęścia/ Revolutionary Road
reż. Sam Mendes

Gdy weszłam na salę kinową, pomyślałam, że pomyliłam seanse. Każde miejsce było zajęte! Jednak szybko uświadomiłam sobie powód tej wysokiej frekwencji- Droga do szczęścia była reklamowana jako kolejny wielki film o miłości z duetem Winslet-DiCaprio, czyli Rose i Jackiem z Titanica. Jak wiadomo, Titanic J. Camerona to rekordzista jeśli chodzi o zdobyte Oskary, a także o ilość widzów w kinach. Tak więc tym razem większość świata oczekiwała podobnego wyciskacza łez, prostego romansiku z (być może) historią w tle. Cieszę się, że tak zwany "prosty odbiorca" (bez obrazy! zresztą, sama Titanica nie raz widziałam) został niechcący porażony tym niesamowicie silnym i trudnym filmem i podejrzewam, że kompletnie wgniotło go w fotel. Bo mnie Droga do szczęścia zmiażdżyła, choć myślałam, że dobrze wiem czego oczekiwać.

Film jest przede wszystkim GENIALNY (!) aktorsko, zwłaszcza jeśli chodzi o rolę Kate Winslet. Jak za pewne wiecie, jest to jedna z moich ulubionych aktorek, ale zaufajcie mi- jestem obiektywna. Zresztą Winslet za rolę April Wheeler otrzymała m.in. Złoty Glob, w związku z czym nie jestem jedyną osobą, która doceniła tę kreację aktorską. DiCaprio na początku mnie irytował, bo grał zbyt manierycznie, za bardzo intensywnie. Zbyt mocno starał się wypaść dobrze. Ale z chwili na chwilę zdałam sobie sprawę, jak bardzo jego bohater się miota, jak bardzo jest zagubiony i jak walczy ze sobą. Gdy już zrozumiałam jego rozterki, gra DiCaprio wydała mi się idealna.

Droga do szczęścia w swej tematyce przypomina i American Beauty (ten sam reżyser) i Małe dzieci Todd'a Fielda. Obserwujemy utrapienia codzienności, pogoń za szczęściem-na-siłę, bolączki życia na prowincji, rezygnację z marzeń, itd., itp. Jednak z tych trzech produkcji to właśnie Droga do szczęścia jest najbardziej szczera i przejmująca (przynajmniej dla mnie). Dlatego też film Mendesa oceniłabym na 6/6, gdyby nie jeden maleńki, raczej niewiele znaczący szczegół- jedno debilnie banalne zdanie, a właściwie równoważnik zdania.. Jeśli jesteście ciekawi, zwróćcie uwagę na dialog April z Frankiem, gdy ta usilnie przekonuje go do wyjazdu do Francji. Miało być wzniośle i wzruszająco, wyszło, jak to zwykle w takich wypadkach, komicznie. Z tego powodu, zamiast szóstkę, Droga do szczęścia dostaje ode mnie 5+.

P.S.
Drogę do szczęścia wymienił jeden z redaktorów Aktivista jako największe wydarzenie 2009 roku- popieram!


2. Rachel wychodzi za mąż/ Rachel getting married
reż. Jonathan Demme

Moim zdaniem tegoroczny dobór filmów w ramach festiwalu Era Nowe Horyzonty był raczej kiepski (rzecz gustu). Jednak gdyby nie Nowe Horyzonty, to nie wiem, czy jakimś sposobem dotarłabym do Rachel wychodzi za mąż - tak więc jestem wdzięczna organizatorom;-).

Osobiście postrzegam dzieło Demme'a jako objawienie i aktorski nokaut. Mamy tu bardzo ciekawą konwencję filmu amatorskiego, zacięcie etniczne i może też lekko (niepoprawnie) polityczne. Kym, młoda dziewczyna próbująca uporać się z narkotykowym uzależnieniem i ze swoją przeszłością, wraca po dłuższej nieobecności do rodzinnego domu na ślub siostry. Są już tam goście- barwni, nietuzinkowi, wywodzący się z różnych środowisk i różnych części globu. Mimo że Kym wraca niejako do siebie, to jednak czuje się nieswojo. Ma wrażenie, że siostra nie do końca cieszy się z jej obecności, a także, że wszyscy żywią do niej mniej lub bardziej skrywane pretensje. Powoli poznajemy powody niechęci domowników wobec Kym. Okazuje się, że problem z narkotykami nie odbił się tylko na niej, ale odcisnął piętno na wszystkich członkach rodziny. W czasie przygotowań do uroczystości, dziewczyna będzie usilnie próbować uzyskać wybaczenie najbliższych, a także przebaczyć samej sobie, co zresztą okaże się najtrudniejsze. Miło oglądać Hathaway w rolach innych niż asystentek czy księżniczek. Film dla fanów dobrego, nieprzeciętnego kina.

 

3. Zawieście czerwone latarnie/ Raise the Red Lantern
reż. Zhang Yimou

Kino chińskie w cudownym wydaniu. W zasadzie nie wiem od czego zacząć. Poza tym boję się, że słowo może w jakiś sposób uprościć, lub też pozbawić uroku historię, jaką opowiada nam reżyser. To może w ten sposób:

- film niesamowity wizualnie (i nie mam tu na myśli efektów specjalnych rodem z Hero czy Domu latających sztyletów, czyli ostatnich filmów tego reżysera)
- zbliżenie na zamknięty świat chińskich kobiet
- wspaniałe studium samotności
- a także studium kobiecości
- demonstracja siły patriarchatu
- rewelacyjna muzyka!!!
- i taka sama sceneria
- hipnotyzująca gra kolorów (z dominacją czerwieni, oczywiście)
- klimat (niezastąpiony, nie do odtworzenia)!!!

Dopóki nie zobaczycie tego fascynującego filmu, nie zrozumiecie, co mam na myśli. Bo tego się po prostu NIE DA ubrać w słowa, a przynajmniej mnie się to nie udało.

 

4. Mamut/ Mammoth
reż. Lukas Moodysson

Ostatnio wracam do tego filmu coraz częściej (mimo że wydał mi się dość wtórny, bo jakoś dziwnie przypominał mi Babel  G. Inarritu). Myślę, że przyczyną jest fakt, że Mamut ma w sobie to "coś" (jakkolwiek enigmatycznie to brzmi), co sprawia, że na trwałe zapisuje się w pamięci.

Wielką niespodzianką był udział  w tym filmie aktorki Michelle Williams, świetnej aktorki, powinnam dodać, która ukazała swój talent i możliwości w Brockback Mountain. Jednak po występie u Anga Lee rzadko mogliśmy  oglądać ją na ekranach kin. W Mamucie wypada bardzo dobrze jako młoda chirurg, żona i matka, która wraz z rodziną mieszka w drogim apartamencie w centrum miasta (wydaje mi się, że chodzi o Nowy Jork, ale pewności nie mam). Williams towarzyszy Gael Garcia Bernal. Razem tworzą dość egzotyczną, acz dobraną parę, która szybko wzbudza naszą sympatię. Jest i urocza córeczka, która większość czasu spędza ze swoją filipińską nianią, która to znowu zostawiła dwoje swoich dzieci w ojczystym kraju by zarabiać na emigracji na lepszą przyszłość. Oczywiście do każdego z tych wątków dołączą się poboczne historie, a bohaterowie będą musieli przeorganizować hierarchię swoich wartości.

Na uwagę zasługuje na pewno muzyka. Ja już uzależniłam się od Destroy w wykonaniu Ladytron. Genialne są też zdjęcia i fakt, że Moodysson zabiera nas w różne zakątki świata, czyli od USA, po Filipiny i Tajlandię. Niestety nie wiem czy i kiedy film pojawi się w polskich kinach lub przynajmniej na DVD.  Na razie czekam z utęsknieniem.


4. Lilja 4-ever
reż. Lukas Moodysson

To kolejny film Moodyssona, po który sięgnęłam obejrzawszy Mamuta. To dzieło dużo wcześniejsze, które juz kilkakrotnie chciałam zobaczyć, ale jakoś nie było ku temu okazji (i samego filmu). Lilja 4-ever raczej niewiele ma wspólnego z Mamutem. Tytułowa bohaterka to szesnastoletnia dziewczyna, która razem z matką mieszka na podupadającym osiedlu gdzieś w  postsocjalistycznej Rosji. Warunki, oczywiście, jesteśmy w stanie sobie wyobrazić- jest raczej marnie. Obskurne mieszkanie czy też nora, blokowisko i patologiczne rodziny, prowincjonalna mentalność, dzieci w ortalionowych dresach, tandetna muzyka w stylu disco polo, tipsy i tlenione włosy etc. Z tego świata wkrótce wyrwie się matka Lilji, która wraz z ukochanym wyjedzie do Stanów. Wbrew obietnicom, nie zabierze córki ze sobą. Ale dziewczyna i tak wkrótce dostąpi zagranicznego "raju". Pewnego razu wracając z lokalnej dyskoteki pozna chłopaka, który obieca jej świetnie płatną pracę w Szwecji i w którym się zakocha. Oczywiście szwedzka rzeczywistość zaskoczy dziewczynę i okaże się być daleką od jej wyobrażeń, gdyż ukochany jest nikim innym jak pośrednikiem w handlu żywym towarem.

Na początku film Lilja 4-ever kojarzył mi się z Masz na imię Justine Franco de Pena, jednak u Moodyssona  fabuła jest zdecydowanie bardziej złożona. Przede wszystkim przedostajemy się do zdegenerowanego światka, i mam tu na myśli rosyjskie blokowisko, a nie szwedzkie podziemie. Dzieci pozostawione same sobie przez nieodpowiedzialnych lub uzależnionych od alkoholu rodziców, starają się jakoś przetrwać w tym piekle. Część organizuje się w osiedlowe bandy (chłopcy), część stawia na nieletnią prostytucję i płynące z niej zyski (dziewczęta), większość ucieka od problemów wąchając klej. Niektórzy jednak nie zaprzestają snuć marzeń o lepszym świecie. Należą do nich Lilja i jej młodszy przyjaciel Wołodia. Mimo tragizmu i beznadziejności otaczających ich zewsząd ta dwójka udowadnia, że nawet w najgorszych warunkach możliwe są prawdziwie ludzkie relacje i uczucia.

Lilja 4-ever poraża po pierwsze realizmem. Po drugie, silną dawką emocji, jakie niesie ze sobą oglądanie zostawionych samopas dzieci, które wszelkimi możliwymi sposobami starają się nadać życiu sens. Po trzecie, Oksana Akinshina grająca Lilję po prostu hipnotyzuje. Brawo, panie Moodysson!

 

5. Spotknie/ The visitor
reż. Thomas McCarthy

Słodko-gorzki film. Tak, to chyba najlepsze określenie. Jednak słowa "słodki" nie używam tu w znaczeniu romantyczny i banalny, ale po prostu przyjemny i wzruszający. W jakimś sensie jest to też dzieło nostalgiczne.

Film Thomasa McCarthiego opowiada o przypadkowym spotkaniu ludzi pochodzących z teoretycznie zupełnie różnych  światów., których jednak więcej łączy niż dzieli. Jest więc profesor akademicki, Walter, który stara się po śmierci żony nauczyć na nowo żyć i cieszyć owym życiem, a także stara się opanować grę na pianinie, oraz para nielegalnych imigrantów, która zadomowiła się pod jego nieobecność w jego nowojorskim mieszkaniu. Profesor, mimo kompletnego zaskoczenia obecnością obcych w swoim apartamencie, pozwala im zostać dopóki nie znajdą nowego lokum. W między czasie między nim a młodym chłopakiem, Tarekiem nawiązuje się silna przyjaźń. Dzięki namowom chłopaka, profesor zaczyna uczyć się gry na bębnach zamiast na fortepianie. Co więcej, zaczyna czynnie uczestniczyć w ulicznych koncertach. Pasja do muzyki jaka połączy mężczyzn okaże się jednak tragiczna w skutkach: tak bardzo zapomną się w graniu i w rozmowach na temat muzyki, że zlekceważą obcność strażników, którzy tylko szukają pretekstu by aresztować nielegalnych imigrantów.

Tym samym Tarek zostaje zatrzymany przez urząd imigracyjny, a Walter stara się zrobić wszystko, co w jego mocy, by udało się go uwolnić i by mógł dalej wieść swoje amerykańskie życie u boku ukochanej i grając etniczną muzykę na ulicach Nowego Jorku. Jednak tłumaczenie, że Tarek nic złego nie zrobił i że nie stanowi zagrożenia dla USA nie kończy się sukcesem, gdyż zastraszone społeczeństwo amerykańskie niemal w każdym imigrancie o ciemniejszej karnacji widzi terrorystę na miarę tych z 9/11.

Wkrótce z Walterem kontaktuje się zaniepokojona matka Tareka. Okazuje się być piękną, dystyngowaną, elegancką kobietą, która jest w zasadzie zaprzeczeniem wyobrażenia o imigrantach w Ameryce. Między nią a nieśmiałym profesorem powoli i z wdziękiem zaczyna rodzić się uczucie. Niestety, ani miłość ani przyjaźń nie są brane pod uwagę przez służby imigracyjne i Walter będzie musiał wkrótce pożegnać się z Tarekiem i z jego matką.

Film McCarthiego ukazuje jak łatwo jest pozbawić niewinnego człowieka wszelkich praw, jak prosto jest dysponować jego losem. Pokazuje także bezsens działań służb imigracyjnych, które zamiast koncentrować się na odnajdywaniu osób faktycznie niebezpiecznych, wolą wyrywać bogu ducha winnych ludzi z ich nowej rzeczywistości, z którą już przecież zdążyli się oswoić i nawet ją polubić. To też obraz o tym, że nigdy nie jest za pózno ani na zmiany, ani na miłość, oraz o tym, że nie powinniśmy zawsze iść za wyobrażeniami jakie podpowiadają nam stereotypy. Polecam też muzykę z filmu.

 

6. Klasa/ The Class/ Entre les murs
reż. Laurent Cantent

Klasa, czyli laureat Złotej Palmy na Festiwalu w Cannes w '08 roku, zwyciężył bezpretensjonalnością i swobodą tak w grze aktorskiej jak i w scenariuszu. W zasadzie to i dialogi jak i sytuacje, a w związku z tym i reakcje, powstawały spontanicznie już w czasie zdjęć. Klasa to opowieść o nauczycielu szkoły publicznej, którą w polskich realiach określilibyśmy pewnie jako gimnazjum. Tytułowa klasa składa się w większości z imigrantów (jak i 3/4 obecnej ludności Paryża), którzy wywodzą się z absolutnie różnych regionów i kultur, czyli od państw arabskich po Chiny łącznie. Nic dziwnego, że aż zaroi się od konfliktów na tle rasowym, ale jak się okazuje- nie tylko.
Kocham francuskie kino, o czym już gdzieś chyba wspominałam, miłością totalną i bezkrytyczną. Klasę natomiast pokochałam za niewymuszoną prostotę, za świeżość jaka być może wiąże się z butną naturą jej wychowanków, ale także z entuzjazmem i zaangażowaniem nauczyciela. Film urzekł mnie także ponieważ grupa dzieci w klasie (wiem, że nie będzie to zbyt oryginalny wniosek) jest jakby odbiciem społeczeństwa współczesnej Francji, a przynajmniej Paryża (który również KOCHAM, mam nadzieję, z wzajemnością). Świetnym pomysłem było zaangażowanie do filmu amatorów, którzy w pewnym sensie zagrali samych siebie, a także skupienie się NIE na wymyślonych, kosmicznych problemach rodem z amerykańskich seriali o zbuntowanej młodzieży. Bo uczniowie francuskich (czy tylko?) szkół gimnazjalnych są właśnie tacy (wiem, bo we Francji przez jakiś czas mieszkałam) - oryginalni, głośni, odważni i kolorowi. Lecz nawet w środowiskach tak otwartych jak francuskie istnieją granice tolerancji, które, choć nie łatwo, zawsze (chcącemu) uda się przekroczyć.


7. Cidade dos homens/ City of Man, czyli ODKRYCIE ROKU!
serial telewizyjny prod. brazylijskiej, 2002-2005

Jeśli ktoś kiedyś zapyta mnie, co dała mi Iberystyka, odpowiem: język hiszpański, portugalski i Cidade dos Homens! Razem z moim chłopakiem spędziliśmy cudowny letni miesiąc  przenosząc się co noc do kolorowej i beztroskiej Copacabany i do samego Rio de Janeiro.
Serial zaczęłam oglądać za sprawą zajęć z brazylijskiej odmiany portugalskiego i mojej cudownej native speaker, Any Caroliny (Brazylijki z Rio). Miał pomóc  mi w nauce na egzamin ustny z tego języka a tym czasem jego konsekwencją było moje niesłabnące uwielbienie Brazylii, którą ostatnio podziwiam na kartach albumu autorstwa Mario Testino (!!!) "MaRio de Janeiro" (a egzamin zdałam bardzo dobrze ;-)).

Od teraz mniej o mnie a więcej o Cidade dos homens. Mamy dwóch głównych bohaterów: czarnoskórych nastolatków Acerolę i Laranjinhię. Chłopcy przyjaźnią się od lat, razem się wychowywali, a teraz razem dorastają w jednej z faveli Rio de Janeiro. Favela teoretycznie jest miejscem przemocą i gwałtem płynącym, ale tutaj widzimy jej nieco inną twarz. Brutalność owszem jest, jednak podana w innej formie, mniej przytłaczająca, a bardziej towarzysząca po prostu przypadkom Aceroli i Laranjinhi. Favela aż pulsuje od kolorów, od głośnej i energetycznej muzyki, lśni w blasku gorącego słońca. Nasi bohaterowie psocą, mącą, żeby zawsze wyjść z problemów obronną ręką i bez szwanku. Przy okazji prowadzą nas w przeróżne miejsca faveli i oswajają nas tak z nią jak i ze stylem życia jaki się w niej wiedzie. Postaci są barwne, prawdziwe, często kipiące erotyzmem. Cóż, mówiąc najprościej: ta egzotyczna produkcja, jakże różna od brazylijskich telenowel jakie nie raz mogliśmy zobaczyć w polskiej telewizji, jest po prostu GENIALNA! To naprawdę miła alternatywa dla M jak miłość ;-).


Bękarty wojny
/ Inglourious Bastards

reż. Quentin Tarantino

Quentin! Quentin! Quentin powrócił! I to w DOSKONAŁEJ formie! Bękarty wojny to majstersztyk! Świetny dialogowo i aktorsko. Za razem dramatyczny i potwornie zabawny, ale przecież tylko Tarantino umie tak żonglować gatunkami. Reżyser buduje napięcie po czym strzela dowcipem jak z armaty, choć rzadko kiedy jest to dowcip oczywisty lub też „podany na tacy". Bękarty wojny może i powinny bardziej i przerażać niż bawić, ale jednak wciąż...bardzo śmieszą. To samo było zresztą w Pulp Fiction- mimo czasem naprawdę ostrych scen było przecież tak zabawnie ;-).

 

Oklaski dla Brada Pitta, który tym razem w roli komediowej wypada znacznie (!) lepiej niż jako trener z siłowni w Burn after reading. Bardzo dobra jest też Diane Kruger, za która nie przepadałam dotychczas. Ale pojedynek na aktorski performance zdecydowanie wygrywa laureat nagrody dla najlepszego aktora w Cannes, Christoph Waltz. Grany przez niego pułkownik Hans Landa wprowadza grozę i jest po prostu porażający od pierwszego momentu gdy pojawia się na ekranie! Mimo tego, wciąż nie chcemy by z niego schodził.

Bękarty wojny opowiadają w zasadzie bajkę, która w latach 40-tych musiała być absolutną inkarnacją fantazji prześladowanych żydów. Chodzi bowiem o brutalną i całkowitą zemstę na niemieckim okupancie, w tym na samym Hitlerze i jego najbliższych współpracownikach, na długo przed pokonaniem armii niemieckiej przez wojska aliantów. Dobre, wysmakowane i dopieszczone do ostatniego szczegółu kino warte stu Oskarów, choć pewnie skończy się na jednym lub wcale :/. UWAGA! Bękarty wojny są JUŻ dostępne na DVD!!!!!!!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

...bo nic tak nie odpręża jak zażarta, wściekła krytyka

sobota, 12 grudnia 2009 1:23

 

Ostatnio mam spory stres w pracy, w związku z czym odczuwam naprawdę wielką ochotę by się wyżyć i dać upust nagromadzonej złej energii. A od czego jest Internet jeśli nie od wylewania ton frustracji i bezkarnego krytykowania innych? Tym razem ofiarą padną filmy jakie obejrzałam w tym roku, i przez które o mało co nie rozbiłam telewizora. Były bowiem tak niedorzeczne, banalne czy irytujące, że po prostu nie mogłam usiedzieć na miejscu, a wkrótce potem nie byłam w stanie nawet spojrzeć na ekran. Oto więc jesteście świadkami jak niszczę niektóre ze znanych i uznanych produkcji moją zjadliwą i totalną krytyką (zamiast psychoterapii ;-) ).

 

 

 

ŹRÓDŁO/ The Fountain

Darren Aronofsky, 2006

 

To się nazywa pseudo intelektualna masturbacja! Albo lepiej: gwałt! Bo to był akt niepohamowanej przemocy na widzu bez jego zgody i, co więcej, wbrew jego oczekiwaniom! Widz nie miał bowiem pojęcia, że ujrzy lecącego na tratwo-wyspie (chyba że było to coś innego, nie pamiętam) w kierunku odległych galaktyk łysego, dziwnego człowieka, siedzącego w pozycji lotosu i rozmawiającego z chorym (!!!) drzewem. Mało? Nie martwcie się, film przedstawia jeszcze dwa równie ciekawe, co logiczne wątki. Reżyser ujawnia tu niezdrowy pociąg do filozofii New Age, być może prezentuje też efekty swoich narkotycznych eksperymentów. Dziwi tylko udział genialnej Rachel Weisz (bo Hugh Jackman dobrym aktorem nigdy nie był), a innych być może też nazwisko człowieka, który te wątpliwe dzieło zrealizował. Darren Aronofsky, bo o nim mowa, zbierał w końcu ostatnio wielkie pochwały za Zapaśnika, a tym samym udaną próbę rehabilitacji aktorskiego potencjału Mickey'a Rourke. Ja co prawda nie należę do grona entuzjastów tego filmu, ale myślę, że jest on NIEPORÓWNYWALNIE lepszy od Źródła! Moi drodzy, wystrzegajcie się tego dziwnego, zagmatwanego i aspirującego do naprawdę niewiadomo czego filmu, bo potem będzie tylko płacz i zgrzytanie zębów.

 

 

 

POZWÓL MI WEJŚĆ/Let the right one in

Tomas Alfredson, 2008

 

Bardzo proszę, niech ktoś mi wyjaśni dlaczego ta produkcja uchodzi za dobrą, a wręcz fenomenalną i była nominowana do wielu nagród filmowych, bo nie widzę żadnych podstaw komplementowania ani wyróżniania tego dzieła. Nudne to jak flaki z olejem, a mówią, że to horror. No dobrze, jedno zgadza się z definicją horroru- są elementy fantastyczne. Ale druga cecha filmu grozy, czyli właśnie groza, się nie pojawia. Obejrzałam do końca w oczekiwaniu na jakiś rozwój wydarzeń, który jednak NIE nastąpił. Wszystko przewidywalne do granic, denne i słabe. Efekty jak z horrorów klasy B, aktorstwo miałkie, sens- ja nie wiem. Miało być o wampirach czy wilkołakach, a wyszło o samotnych skandynawskich dzieciach, których widzowi jakoś nie udaje się polubić. Pozwól mi wejść to podobno reprezentant tzw. nowego horroru. Cóż, jeśli domeną nowych filmów grozy jest nuda to chyba wygrywa. Gorąco NIE polecam!

 

 

 

 

 SIEDEM DUSZ /7 Pounds

Gabriele Muccino, 2008

 

Na tym filmie oboje, Alan i ja, uśmialiśmy się do łez. Czyli cel został osiągnięty- film miał doprowadzać widza do płaczu. Tyle tylko, że nasz płacz był ze śmiechu, a nie ze wzruszenia. Co za bzdurny film!!!!!!! Mam nadzieję, że słowa, które za chwilę przeczytacie, wyjaśnią wam wszystko i oszczędzą mi konieczności dalszej analizy i interpretacji tego filmu.

 

Mamy mężczyznę (Will Smith), który przez większość czasu ma minę niczym tzw. srający kot. Od razu więc wiemy, że coś go mocno trapi- nie wiemy natomiast CO. Może być to biegunka, może być zaparcie, albo też uporczywa migrena. Okazuje się jednak, że powodem jego malującego się na twarzy cierpienia są wyrzuty sumienia. Bardzo to brzmi pięknie i po chrześcijańsku. Jedziemy dalej. Z niewiadomych przyczyn ów mężczyzna odwiedza szpitale, gdzie zbiera informacje o chorych oraz telefonuje w dziwne miejsca, gdzie rozmawia z mniej lub bardziej upośledzonymi ludzmi. I co, wciąż się nie domyślacie? Posłuchajcie więc tego: bohater grany przez Smitha poznaje chorą na serce dziewczynę (Rosario Dawson) i bezinteresownie zaczyna jej pomagać. Oczywiście zakochują się w sobie, choć on całym swoim jestestwem się temu opiera. Ostatecznie lądują w łóżku i nagle, po namiętnym seksie on z niego wybiega i zostawia biedaczkę samą. Potem dzieją się jakieś niewarte wspominania rzeczy, po czym wchodzimy razem z bohaterem do pokoju hotelowego, gdzie, po kolei:

 

1)      wpuszcza zimną wodę do wanny

2)      wkłada do wanny meduzę

3)      wchodzi do wanny żeby go zniszczyła meduza

4)      na kartce obok wanny i meduzy kładzie listę odbiorców jego organów

 

Hardcore, co? Ale zastanówmy się przez chwilę. Skoro oddaje dziewczynie swoje serce, bo właśnie ona jest jego odbiorczynią, to w zasadzie można powiedzieć, że pozostanie w niej na zawsze, czyli zdecydowanie dłużej niż mężczyzna spędza w kobiecie w czasie przeciętnego stosunku. Aha, dodajmy jeszcze podniosłą muzykę i równie patetyczne sceny na miarę epopei. Naprawdę wielkie brawa dla reżysera! Oby tak dalej!

 

 

 

Cóż, nie wiem jak wy, ale ja czuję się znacznie lepiej ;-).

 

Pozdrawiam,

nata.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

"Ricky"- nie odleciałem

wtorek, 08 grudnia 2009 1:14

Z uwagi na to, że tekst Alana się spodobał, nakłoniłam go (żeby nie powedzieć "zmusiłam") do napisania kolejnego. Tym razem Alan, czyli hybryda informatyczno-humanistyczna, specjalnie dla movielicious stworzył świetną (!) recenzję najnowszego dzieła F.Ozona, "Ricky". Dodam, że w 100% podzielam zdanie Alana, natomiast o samym filmie dyskutowaliśmy po jego projekcji do póznych godzin nocnych przy cheesburgerach z frytkami w wiecznie otwartym Mc Donald's na Świętokrzyskiej;-).

Pozdrawiam,
nata.



Ricky


Chociaż kino jest najmłodszą ze sztuk, to jednak zadziwiająco szybko się starzeje, a starzejąc się naturalną koleją rzeczy dziecinnieje. Trudno odnaleźć się w natłoku filmów dla dorosłych udających filmy dla dzieci oraz filmów dla dzieci udających filmy dla dorosłych - z tym drugim mamy do czynienia w przypadku Rickiego F. Ozona, jednego z najbardziej przezroczystych popisów filmowego infantylizmu, z jakim się kiedykolwiek spotkałem (i nie ma to nic wspólnego z tym, że głównym bohaterem jest dziecko).

 

W odróżnieniu od tytułowej postaci, film nawet na chwilę nie odrywa się od ziemi, grzęznąc w absurdzie, z którego nie może go wydostać desperackie zasłanianie się metaforą i przekazem społecznym. Pojęcie „subtelności" jest najwyraźniej nieznane reżyserowi, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że stany duchowe bohaterów przy każdej okazji ujmowane są w słowa, mimikę twarzy, barwę głosu, a dodatkowo podkreślone odpowiednią muzyką i prowadzeniem kamery. Bohaterowie przypominają domy składające się z samej fasady. Jeśli film ten pragnie zasugerować coś widzowi, to jest to zazwyczaj sugestia w wydaniu „propozycja nie do odrzucenia", jest stwierdzeniem faktu bardziej niż próbą mnożenia tropów.

 

Najbardziej denerwuje chyba przyklejanie filmowi Ozona łatki „realizmu magicznego", co jest po prostu formalnym błędem, wpisującym się w trwającą dziesiątki lat historię nieporozumień wokół tego pojęcia. Najwyraźniej chodzi tu o analogię fabuły Rickiego do opowiadania Marqueza Bardzo Stary pan z olbrzymimi skrzydłami, gdzie tytułowy stary pan zastąpiony zostaje dzieckiem. Kłopot w tym, że opowiadanie Marqueza nie jest sztandarowym przykładem nurtu. Autor nie jest też paradoksalnie tak mocno przywiązany do idei realizmu magicznego, jak się sądzi, i choć uważa się go za jej ojca, jego magnum opus, czyli Sto lat samotności, przewidziane było od początku jako realizmu magicznego parodia.

 

Wróćmy jednak do filmu. Realizm magiczny charakteryzuje się tym, że wszelkie wprowadzane przez twórcę nadprzyrodzone zdarzenia lub byty znajdują się na równych prawach z wszystkimi innymi zjawiskami tworzącymi rzeczywistość - stąd pojęcie „realizm magiczny", cała reszta to fantastyka. Ten nadnaturalny składnik rzeczywistości może być dla bohaterów udręką i przekleństwem, kierować ich wyborami, ale nie zostaje on nigdy poddany wątpliwość, jest oczywisty. Na pewno nie przyciąga hordy reporterów, którzy sprowadzają go do widowiska cyrkowego. A już na pewno nie powinna być w żaden sposób podjęta próba  jego naukowego uzasadnienia - tu wyraźną aluzję czyni film Ozona, umieszczając pracująca parę bohaterów w ...podejrzanych zakładach chemicznych. Niskobudżetowe science-fiction.

 

Rickiemu należy oddać sprawiedliwość jedynie za rzadkie, ale doskonale budowane momenty grozy, przywołujące zbliżonego tematycznie Małego Otika J. Svankmajera (który swojego czasu dotkliwie skrzywił moją psychikę). Niestety, gdzieś w połowie filmu nastąpił na tym odcinku tzw. przedwczesny wytrysk, po którym film zaczął niemiłosiernie błądzić i zapuszczać się w meandry nonsensu i niczym nieusprawiedliwionej naiwności.

 

Ogólnie rzecz biorąc, ciężko pisać o tym filmie w kategoriach estetycznych, kiedy bardziej przydałby się kodeks karny. Bo skandalem jest to, że Polański siedzi w areszcie, a Ozon znajduję się na wolności, gdzie w zakamarkach swojego czarnego mózgu nieskrępowanie oddaje się snuciu pomysłów na kolejny film, którym zgwałci umysły nic nie podejrzewających kobiet i mężczyzn, zwabionych do kina jego obrosłym w sławę nazwiskiem.

 

 

A.P.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 24 września 2017

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O mnie

Natalia Anna, czyli:

absolwentka Iberystyki UW, dziennikarz, redaktor, krytyk filmowy;
miłośniczka kina i wszystkiego, co NIE debilne, durne, pretensjonalne, konserwatywne, kiczowate i wtórne, czyli dobrej literatury, muzyki, teatru, podróżowania (bez aparatu i pstrykania 1325 zdjęć zabytków, pomników etc. a za to w doborowym towarzystwie), smacznego jedzenia, długiego spania i czytania do 3 nad ranem

Moje motto: "Extreme laziness puts your life on hold. Get up and get going!"