Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 944 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Prawda wciąż boli - dosłownie i w przenośni, czyli o "The Killer Inside Me" M. Winterbottoma

środa, 24 lutego 2010 20:41


Przeczytałam gdzieś, że najbardziej kontrowersyjnym filmem pokazywanym na tegorocznym Berlinale był niemiecki Jud Suss. To nieprawda. Kontrowersja zakłada bowiem pewną opozycję, dyskusję, spór. Jud Suss to po prostu zły film - co do tego nie było wątpliwości ani wśród dziennikarzy, ani krytyków, ani też publiczności. Dziełem, które rzeczywiście zasłużyło na miano kontrowersyjnego był natomiast The Killer Inside Me Michaela Winterbottom'a.

Premiera zgromadziła tłumy, które jednak rzedły w miarę rozwoju fabuły. Dlaczego? Otóż dlatego, że film Winterbottoma nie należy do najłatwiejszych, czy też tzw. lekkich i przyjemnych. To historia Lou Forda, młodego policjanta z lokalnej komendy gdzieś w Texasie. Lou nie jest specjalnie przystojny, nie wyróżnia się w zasadzie niczym poza pewnym specyficznym upodobaniem. Otóż brutalne zabijanie sprawia mu wielką przyjemność. No, ostatecznie może być też zwykły strzał w głowę lub w plecy. A gdy nasz bohater nie ma nawet i takiej możliwości, to ogranicza się "tylko" do bicia.

Lou jest esencją zła i okrucieństwa bez powodu. Nie szuka rozgrzeszenia, nie boi się kary. O dziwo, okazuje się, że może być obiektem przyjaźni, miłości oraz silnej namiętności. Te dwa ostatnie odczucia, jakie jest w stanie wzniecić dziwią tym bardziej, że naszego bohatera gra Cassey Affleck. Ten mniej znany, a bardziej utalentowany z braci Afflecków odznacza się niesamowicie irytującym, zniewieściałym głosem i dziwnie odstającymi uszami a'la elf. Gdy patrzyłam na niego na ekranie wywoływał we mnie skrajnie negatywne emocje. Ale z drugiej strony, czyż nie pasował idealnie do roli psychopaty?

Pierwszym zarzutem wobec The Killer Inside Me było to, że za bardzo przypomina film American Psycho - rzeczywiście w obu produkcjach zbrodnie popełniane są metodycznie i nie towarzyszą im żadne wyrzuty sumienia ze strony katów. Winterbottoma atakowano, że nie pokazał w swoim filmie nic "czego nie widzielibyśmy już ponad 100 razy" - jak to ładnie ujął jeden z dziennikarzy na konferencji prasowej. Mi natomiast jego film bardziej kojarzy się z Nieodwracalnym Gaspara Noe. Obaj reżyserzy nie bali się ukazania  w swoich filmach brutalnej prawdy o tym jak naprawdę wygląda przemoc, ból i strach. Nie bali się również zobrazowania tego, co wciąż jest tematem tabu, a w wielu regionach świata świętym prawem mężczyzny - przemocy wobec kobiet.

W filmie Winterbottoma strach ma twarz Jessicki Alby i Kate Hudson. O tyle o ile Hudson i jej cierpienie za bardzo mnie nie wzruszają (ze względu na kompletny brak zrozumienia DLACZEGO ta zupełnie przeciętna dziewczyna jest cenioną aktorką i ikoną piękna), to Jessica Alba w roli lokalnej prostytutki Joyce wypada niezwykle przekonująco. Gdy widzimy jej oczy na chwilę zanim padną na nią ciosy pięści, przechodzą nas dreszcze (mnie przeszły).

Tak jak w Nieodwracalnym Noego, akt bicia kobiety jest w The Killer Inside Me pokazany w skali 1:1, realistycznie i w pełnym zbliżeniu na ofiarę. Zapewniam, ze scena masakrowania twarzy ślicznej (!) Alby jest o wiele bardziej przerażająca niż scena gwałtu na Monice Bellucci u Noego. Co paraliżuje jeszcze bardziej, to fakt, że Lou w miarę jak bije Joyce, zapewnia ją jak bardzo ją kocha. I kocha ją naprawdę! Wspólne sceny tych dwojga nie pozostawiają wątpliwości co do uczuć żadnego z nich - to mieszanka miłości i pożądania oraz smaku zakazanego owocu (Lou jest w długoletnim związku, Jane też nie jest samotna). Chwila, gdy Alba spod spuchniętych, sinych powiek szepce "Kocham cię" należy do najstraszniejszych w filmie. Jednak nie wyzwala tylko obrzydzenia - bo przecież patrzymy dalej, patrzymy aż do momentu gdy z twarzy Alby zostaje miazga. I płaczemy - ja płakałam. I nie wyszłam, choć wyszło wielu. Podobna makabra odbędzie się na kolejnej ofierze Lou - Amy (Kate Hudson). Jego partnerka, która planuje wyjść za niego za mąż, zostanie powalona na ziemię brutalnym ciosem w brzuch. Następnie nadejdą kolejne.

Oczywiście, wniosek jest prosty - psychika bohatera, spaczona (jak to zwykle bywa) w dzieciństwie, o czym informują nas tzw. flashbacki, karze mu niszczyć wszystkich, którzy się do niego zbliżą lub obdarzą go uczuciem. Tak się składa, że najbardziej obrywają kobiety. Szczerze mówiąc nawet nie zdawałam sobie z tego tak bardzo sprawy oglądając The Killer Inside Me w kinie. Cassey jako Lou wydawał mi się po prostu patologią samą w sobie, człowiekiem okrutnym, który nie szanuje nikogo, nie ma żadnej świętości, gardzi wszystkimi bez względu na płeć. Kobiety jako cele jego ataków miały jedynie, tak mi się wydaje, unaocznić czym NAPRAWDĘ jest przemoc i jak NAPRAWDĘ wygląda prawdziwy ból - bez pił mechanicznych, krwiopijców, szaleńców w maskach, etc. Te ciosy ranią ofiary bardziej niż niejedne wyszukane tortury, bo padają od tego, któremu bezgranicznie ufają.



Dlatego też nie mogłam pojąć nagonki ze strony części dziennikarzy na Winterbottoma za epatowanie przemocą na ekranie. No cóż, nie jest łatwo przełamywać tabu - wiemy to nie od dziś. Feministki i obrońcy praw kobiet naskoczyli na reżysera za zachęcanie do agresji wobec płci pięknej. Pytano także czemu Lou krzywdzi tak strasznie wyłącznie panie, a z panami obchodzi się delikatniej.

Na szczęście głos zabrały również osoby, które jak Alan i ja spojrzały na The Killer Inside Me z nieco innej perspektywy. Doceniliśmy świetną grę aktorską (Cassey i Alba), bardzo dobrą muzykę i realizację filmu, trzymający w napięciu scenariusz i fakt, że reżyser nie próbuje na siłę wyjaśnić dlaczego jego bohater jest taki a nie inny. Jest i tyle, zło nie ma żadnego usprawiedliwienia, objaśnienia czy przyczyny. Zwyczajnie ISTNIEJE w świecie. I wcale nie dotyka jedynie silnych, wielkich i walecznych mężczyzn. Przeciwnie, ofiarami brutalnej przemocy są najczęściej kobiety i dzieci. Dlaczego więc propaguje się kłamstwo w kinie...?

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Berlinale 2010- Srebrny Niedźwiedź dla Romana Polańskiego!!!!

sobota, 20 lutego 2010 20:42


Jury 60-tego Berlinale doceniło film The Ghost Writer i przyznało Polańskiemu nagrodę za najlepszą reżyserię. Odbierając Srebrnego Niedźwiedzia reprezentant reżysera powiedział: Bardzo ubolewałem nad tym, że Roman nie może być tutaj dziś z nami. Jednak gdy z nim ostatnio rozmawiałem, odpowiedział: "Nawet gdybym mógł uczestniczyć w tym festiwalu, nie zrobiłbym tego. Ostatni raz, gdy przyjechałem na festiwal filmowy by odebrać nagrodę, skończyłem w więzieniu."

Serdecznie gratulujemy wybitnemu reżyserowi i naszemu rodakowi za kolejny świetny, trzymający w napięciu do ostatniej minuty thriller The Ghost Writer!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Berlinale 2010: The kids are all right

środa, 17 lutego 2010 18:19


Wczoraj do Berlina zawitało słońce! Podobno przywiozła je Jullianne Moore, która promowała na festiwalu film The Kids are all right.



To historia nowoczesnej rodziny, którą tworzy lesbijska para - Jules (Moore) i Nic (Anette Bening), oraz dwoje ich dzieci - Lesser i Joni. Okazuje się jednak, że ta ekscentryczna, niecodzienna gromadka jest w rzeczywistości bardzo staroświecka i niemal konserwatywna. To zwykła "chrześcijańska" rodzina, tyle że rodzicami są dwie kobiety, która przeżywa poważny kryzys gdy dzieci postanawiają odnaleźć swego biologicznego ojca.

Film Lisy Cholodenko podobał mi się umiarkowanie. Zaczął się jak zwykła komedia familijna, schematycznie i banalnie, jednak później sprawy przybrały ciekawy obrót i tym samym moim oczom ukazało się prawdziwe aktorstwo. Brawo zwłaszcza dla Bening, która choć gra dość nieprzyjemną i odpychającą postać, to jednak jako Nic wypada niezwykle autentycznie.



Końcówka filmu jest niestety jakby dolepiona do całości - ten zabieg powtarza się zresztą bardzo czesto wśród filmów prezentowanych na tegorocznym Berlinale. Na konferencji prasowej dziennikarze pytali reżyserkę dlaczego właśnie w taki a nie inny sposób ucięła historię Jules i Nic. Nie będę wam jednak zdradzać szczegółów. Mam nadzieję, że The kids are all right pojawi się kiedyś w polskich kinach i będziecie mogli sami przyjrzeć się tej niecodziennej opowieści.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wieści z Berlinale 2010

środa, 17 lutego 2010 0:55

Oj, dzieje się, dzieje! Każdy dzień, jak to zwykle na podobnym festiwalu bywa, przesycony jest ważnymi, spektakularnymi wydarzeniami i masą emocji. No bo jak tu nie odczuwać ekscytacji, gdy na korytarzu można minąć Leonardo DiCaprio czy Bena Stillera, a także aktorów z filmów Fatiha Akina, a w sklepie spotkać Eduardo Noriegę?

Codziennie po francuskim śniadaniu (croissant+świeży sok pomarańczowy+coś słodkiego) idziemy na Plac Poczdamski, gdzie odbywa się większość pokazów prasowych. Atmosfera w tym miasteczku fetiwalowym, jak je nazywam, jest bardzo przyjemna. Ludzie są kontaktowi i życzliwi, no i wszyscy dzielimy tę samą pasję: KINO.

Choć na konferencje prasowe najważniejszych, konkursowych filmów trudno się dostać, mi zawsze się udaje ;-) - to chyba efekt wrodzonej determinacji. Jak dotąd rozmawiałam ze wspomnianym Leo, Gaelem Garcia Bernalem (w rzeczywistoście nie jest tak przystojny jak na dużym ekranie) i Diego Luną (pamiętacie Dirty Dancing 2? To lepiej zapomnijcie. On chyba sam nie chce wspominać tamtej roli).

Nie ominęła mnie również konferencja z udziałem gwiazd (a bez reżysera) najgłośniejszego filmu tegorocznego festiwalu - The Ghost Writer Romana Polańskiego. Evan McGregor, Pierce Brosnan (który z powodzeniem mógłby grać w Modzie na sukces ojca/syna Ridge'a Forrestera i NIE WIEM jak można go traktować poważnie) mówili o inspirującej pracy z Polańskim i o jego geniuszu, który wciąż zaskakuje. Za równo dziennikarze jak i obsada Ghost Writer'a wyrazili żal, że reżyser nie może sam wypowiedzieć się o swoim najnowszym dziele. Osobiście również nie mogę się z tym pogodzić, bo być może była to jedyna w moim życiu okazja porozmawiania z tym wybitnym reżyserem i fascynującym człowiekiem. Żałuję również, że do Berlina nie przyleciała Kim Cattrall aka Samantha Jones z Sex and the city. Jej rola nie była co prawda powalająca, ale jej obecność na pewno ucieszyłaby fanów wspomnianego kultowego serialu.

10 reżyserów pochodzenia meksykańskiego (w tym wspomniani Garcia Bernal i Luna) promowali na Berlinale Revolución - zestaw krótkometrażowych produkcji ukazujących czym jest dzisiaj, 100 lat po jej wybuchu, Rewolucja Meksykańska. Film jest wprost niesamowicie słaby, na niektórych shortach chciałam niemal popełnić hara kiri. Nudne, bez sensu, pretensjonalne lub banalne i zwyczajnie głupie. Punkt zdobył wyłącznie film o wiszącym księdzu (The hanging priest), bardzo w stylu kina Luisa Bunuela.

Werner Herzog, wielki reżyser i równie wielki ekscentryk, który przewodniczy jury konkursu głównego, mija nas niemal każdego dnia na schodach Berlinale Palast. Pamiętam moje pierwsze z nim spotkanie, na konferencji prasowej filmu Bad lieutenant: Port of call - New Orleans - jak ja się go bałam! Alan tak nastraszył mnie opowieściami o jego sadyzmie na planie, dystansie wobec drugiego człowieka, jaki przejawia i perfekcjonizmie, że wizja zadania mu jakiegokolwiek pytania napawała mnie strachem. Ale - udało się, i to bez strat w ludziach ;-).

Wkrótce czekają nas jeszcze dwa ważne filmy: konkursowy The Killer Inside Me i nie pretendujący do głównej nagrody Please Give z Rebeccą Hall i Amandą Peet. Obie aktorki zjawiły się dziś na konferencji prasowej. Tłumów nie było, więc film pewnie średni, ale na 100% przekonam się już jutro. Co do The Killer Inside Me to zapowiada się całkiem ciekawie, co mnie cieszy, bo mam już absolutnie dość nudnych, napompowanych na siłę, a błahych w rzeczywistości europejskich produkcji. Wniosek: kino amerykańskie można lubić lub nie, ale jedno jest pewne: niemal zawsze oferuje przyjemność wizualną i dobrą zabawę.

Szczerze mówiąc, żaden z filmów prezentowanych na Berlinale 2010, jakie zdążyłam już zobaczyć, mnie nie zachwycił. Część jest poprawna gatunkowo (Ghost Writer), inne poruszają dość ciekawe problemy, jak (np. Greenberg), a z kolei kolejna grupa oferuje piękne obrazy, z których jednak wieje pustką. Czekam na coś więcej niż film dobry - dam wam znać, gdy się pojawi.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie
N.




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

BERLINALE 2010- movie rating!

poniedziałek, 15 lutego 2010 12:23


Oto nasz ranking filmów, które udało nam się obejrzeć w ciągu ostatnich dni:

*Ghost Writer
Alan:
5/6
Natalia:
5/6
Najlepszy film Berlinale 2010 ex aequo z "Please Give"

*Srebrny Niedźwiedź za najlepszą reżyserię

El mal ajeno/For the good of others 

A:
2/6
N:
2/6
"Ręce, które leczą", czyli jeden z najgłupszych filmów festiwalu

Shutter Island
A:
5/6
N:
4,9/6
Trzymający w napięciu, nieprzewidywalny i zaskakujący

Greenberg
A:
3,5/6
N:
4,5/6
Zabawny+ cyniczny + wzruszający

Howl
A:
4,5/6
N:
-

Submarino
A:
4/6
N:
-

A woman, a gun and a noodle shop
A:
3/6
N:
-
Chińska zupka w proszku

Revolucion
A:
1,5/6
N:
1/6
Nagroda specjalna dla najgorszego filmu o Rewolucji Meksykańskiej w historii kinematografii

It's your fault/ Por tu culpa
A:
2/6
N:
3,5/6
Byłby całkiem dobry jako tzw. short, poległ jako film pełnometrażowy

Going South/Plein Sud
A:
1,5/6
N:
2/6
Piękni ludzie, piękne francuskie pejzaże, piękna muzyka, tylko treści brak

I miss you/Te extrano
A: -
N:
1,5/6
Nuda, nuuudaaa, nuuudaaaaaaa!

Caterpillar
A:
3/6
N:
-

The Parade
A:
2,5/6
N:
2/6
Młodzież w Tokyo wcale nie różni się tak bardzo od tej z USA czy Europy - choć bardzo się stara

The kids are all right
A: -
N: 4/6
Dobra Julianne Moore i Annette Bening jako lesbijska para w średnim wieku; słabe i nielogiczne zakończenie.

Please Give
A: 5/6
N: 6/6
Trafne spostrzeżenia dotyczące współczesnego świata i mieszczańskiej moralności + świetne aktorstwo + pierwszorzędny humor

Jud Suss
A: 1/6
N: -
Nazizm był zły

The killer inside me
A: 4/6
N: 4/6
Mocne uderzenie - dosłownie i w przenośni + Jessica Alba w roli prostytutki + nowy film noire

Mammuth
A: 3/6
N: 3/6
Ehhhhh, niskobudżetowe kino francuskie nas nie powala, acz Gerard Depardieu z długimi, falowanymi blond włosami a'la Mickey Rourke w "Zapaśniku" czasami śmieszy


Pozdrawiamy serdecznie z Berlina!!!

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 24 września 2017

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O mnie

Natalia Anna, czyli:

absolwentka Iberystyki UW, dziennikarz, redaktor, krytyk filmowy;
miłośniczka kina i wszystkiego, co NIE debilne, durne, pretensjonalne, konserwatywne, kiczowate i wtórne, czyli dobrej literatury, muzyki, teatru, podróżowania (bez aparatu i pstrykania 1325 zdjęć zabytków, pomników etc. a za to w doborowym towarzystwie), smacznego jedzenia, długiego spania i czytania do 3 nad ranem

Moje motto: "Extreme laziness puts your life on hold. Get up and get going!"