Bloog Wirtualna Polska
Są 1 239 142 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Wciąż nie mogę dojść do siebie po NEVER LET ME GO ( Nie opuszczaj mnie )

piątek, 25 marca 2011 23:54

 

Na to, by móc spokojnie napisać o tym wyjątkowym filmie, potrzebowałam tygodnia. Widziałam go równo siedem dni temu, a przez kolejne dwa nie byłam w stanie przestać o nim myśleć.

 

To, być może, najdziwniejszy film, jaki kiedykolwiek oglądałam, a przy tym jeden z tych najprawdziwyszych, które zapadają w nas głęboko i nie pozwalają o sobie zapomnieć, wiercą dziurę.

 

W "Never let me go" reżyser Mark Romanek opowiada o alternatywnej rzeczywistości, w którj w latach 60-tych dokonał się przełom w medycynie. Jest to właściwie równoległy naszemu świat - taka sama muzyka, styl, nawet seriale w telewizji. Próżno szukać na ulicach dziwolągów, czy jakiś kosmicznych maszyn. Ze znanym nam science-fiction film Romanka ma bowiem niewiele wspólnego.

 

A więc jedyną różnicą między światem z "Never let me Go" a światem nam znanym i codziennym, jest to, że długość życia - ze względu na owe odkrycie medyczne - sięga średnio stu lat. Przyczyna? Zaczęto na wielką skalę "produkować" ludzkie klony, których przeznaczeniem jest dostarczanie organów.

 

Jeśli część z was właśnie rezygnuje z czytania tej recenzji, przerażona tym, co napisałam powyżej, radzę powrócić do lektury. Film, o którym mówię, nie jest bowiem historią, jakich znamy już wiele, nie przypomina filmów takich jak "Wyspa" ze Scarlett Johansson, ani chyba niczego, co mieliście (mieliśmy) okazję oglądać wcześniej.

 

Dlaczego? Bo tylko fakt, że nasi bohaterowie są w efekcie klonami, różni ich od nas samych. Poza tym wszystko jst takie same - emocje, nadzieje, marzenia, ból, cierpienie. Tylko przeznaczenie się różni - my możemy kreować naszą przyszłośc, oni nie. Oni "powstali" w określonym celu i nie mają szans na jakikolwiek wybór.

 

To, w jaki sposób ludzie żyjący w rzeczywistości wykreowanej w powieści Kazuo Ishiguro (na podstawie której Romanek nakręcił swój film) oraz w "Never Let Me Go", traktują klony, przywołuje od razu na myśl Holocaust. Wówczas też wyznawcy nazistowskiej ideologii traktowali Żydów jak podludzi, nie uznając tym samym ich uczuć, negując w każdy możliwy sposób ich człowieczeństwo. Wiele scen, a zwłaszcza dialogów z filmu łączy się nieozerwalnie z tą włąśnie ideologą. Na przykład proces sprawdzania, czy nasi bohaterowie mają duszę.. A oni? Tak, jak ofiary Holocaustu, spokojnie idą na rzeź. Nie zadają pytań, przekonani, że taki już ich los, że tak być musi. Nie buntują się, nie uciekają, bo - i tu znowu - gdzież mogliby uciec..?

 

Film Romanka to wybitne dzieło będące wielką metaforą dotyczącą współczenego świata. To przypowieść o człowieku, esej o etyce i sumieniu. To film, który stawia wiele pytań bez odpowiedzi. I który pozostanie z wami na zawsze. I, na koniec, "Never Let Me Go" udowadnia, że wyrosło nam nadzwyczaj zdolne pokolenie młodych aktorów, jakie tutaj reprezentuje fantastyczne i przejmujące trio, czyli Keira Knightley, Carey Mulligan i Andrew Garfield.

 

Wszystkim, którzy mają odwagę zmierzyć się z "Never Let Me Go", gorąco ten film polecam.

Nata


Podziel się
oceń
0
2

komentarze (31) | dodaj komentarz

WYGRANY Wiesława Saniewskiego zdecydowanym przegranym...

piątek, 11 marca 2011 22:28

 

Podobno największym grzechem recenzenta jest zdradzenie zakończenia filmu. Cóż, nawet gdybym mocno chciała popełnić ten straszny błąd, to nie mogę - nie dotrwałam bowiem do końca filmu, o którym zamierzam Wam napisać. WYGRANY Saniewskiego jest dziełem słabym, nudnym i bardzo źle zrealizowanym (głównie, jeśli chodzi o zdjęcia i montaż). Ale po kolei.

 

Reżyser przedstawia nam prostą, może lekko sentymentalną, historię młodego, ale już światowej sławy, pianisty, który w rozstrzygającym dla siebie momencie postanawia zerwać tourne. Oliwer - takie imie nosi pianista - decyduje sie na ten ryzykowny ruch po przylocie do Polski, w której to miał zagrać koncert Chopina. Mężczyzna pochodzi z Polski, lecz dorastał w USA. Stąd posługuje się lepiej językiem angielskim niż mową ojczystą. I nie byłoby w zasadzie po co zaznaczać tego faktu w niniejszym tekście, gdyby nie to, że ów fakt przekłada się na absolutnie cały film. Mówienie w języku angielskim staje się nagle udziałem wszystkich aktorów występujących w filmie. Tak pierwszo, jak i drugoplanowych. Czyli - od profesora pochodzącego z Chicago (co jeszcze można zrozumieć), przez kasjerkę samotnie wychowującą dziecko, przypadkowych przechodniów, kelnerów, sklepikarzy, starszych panów. Takie rzeczy tylko w Polsce. A przynajmniej tej, widzianej oczyma Saniewksiego.

 

Opisany powyżej zabieg więcej niż drażni. Prowadzi też do pewnego absurdu. Jesteśmy Polakami w Polsce na polskim filmie (który zważywszy na swą jakość zdecydowanie nie powinien zgłaszać zagranicznych pretensji), w którym nasi krajanie mówią piękną angielszczyzną. WTF?! O ileż subtelniej byłoby, gdyby to główny bohater posługiwał się łamaną polszczyzną - co zresztą niekiedy w filmie czyni. Cóż, niestety.

 

Wspomniałam o montażu. Postaram się po krótce uargumentować, dlaczego jest fatalny. Otóż, za pierwszym razem, gdy niczym z nieba spadła mi przed oczy wyrwana z kontekstu scena, uznałam, że jest to zwykły błąd maszyny. Za drugim razem, już nieco zdziwiona, stwierdziłam, że musiała przeskoczyć klatka. Za trzecim razem zdziwienie przeszło w irytacje. Natomiast kolejne razy utwierdziły mnie w przekonaniu, że wcale nie o niewinny błąd tu chodzi. Reżyser świadomie zdecydował się na film chaotyczny, na urywanie scen z premedytacją i wprowadzanie tym samym widza w stan co najmniej zażenowania (obejrzycie, a zrozumiecie, co miałam na myśli).

 

Scenariusz też zbierze baty. Kiepskie to, banalne, na siłe sentymentalne, wymuszone, rozedrgane. I jakże nudne. A na dodatek ta łopatologiczna symbolika: Oliwier GRA na pianinie i marzy, by choć raz móc zaGRAć w piłkę (jako dziecko robić tego nie mógł, by nie zniszczyć sobie palców), prowadzi GRĘ ze swoją matką, przeGRYWA swój związek, wyGRYWA przyjaźń z intrygującym profesorem (J.Gajos), który - a jakże! - GRA na wyścigach konnych z ciągła nadzieją, że w końcu...wyGRA. Niestety, ta pseudo filozofia sprawia, że film Saniewskiego zdecydowanie przegrywa.

 

Pochwalę aktorstwo. Janusz Gajos nie zawiódł. To mistrz aktorstwa nazywany tak nie bez przyczyny. Gra każdym gestem, mięśniem, oddechem, spojrzeniem. I jest przy tym naturalny i, co istotne, nie jest w żadnym stopniu manieryczny - czy mnie zaskoczył. Nieźle wypada też Szajda. On i Gajos stworzyli całkiem ciekawy duet, który mógłby przekształcić się w świetny film, gdyby tej relacji nie zabił scenariusz. Co do Marty Żmudy Trzebiatowskiej. O tym, że jest śliczna, wiemy nie od dziś. I nawet to, że w filmie gra bez makijażu i wciela się w dość przeciętną dziewczynę, w żaden sposób nie odjęło jej urody. Ale co do jej aktorstwa... Nie wiem, może po prostu osoba z taką urodą, niemal namacalną, nie miała szans wypaść wiarygodnie w takiej roli? Roli samotnej, niczym nie wyróżniającej się matki z dzieckiem pracującej za kasą? I jeszcze ten wspaniały język angielski, jakim się posługiwała, pełen phrasal verbs i innych interesujących zwrotów. Ale, jak pokazuje "Wygrany", wszyscy w Polsce tak dobrze znamy wyspiarską mowę. Ehhh...

 

Chwalono też muzykę, która jednak mnie denerwowała. Była kolejnym elementem, który nijak nie chciał powiązać się z całością. Ale, czy w ogóle możemy mówić o jakiejś całości? Dla mnie "Wygrany" to zlepek scen, monologów Gajosa i w miarę ładnych widoków, choć bardzo nieprofesjonalnie skadrowanych. Jak się już pewnie domyślacie, stanowczo nie polecam.

 

N.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

Doskonała SALA SAMOBÓJCÓW Jana Komasy wbiła wszystkich w fotel. Mocne i odważne!

czwartek, 03 marca 2011 3:09

 

Po wysypie szmir, bzdur, głupot, kretyństw i innych tym podobnych produkcji, znanych bliżej pod wspólną nazwą „nowych komedii polskich”, jaką ulgą i przyjemnością (choć, zważywszy na tematykę filmu, są to bardzo niestosowne słowa) było obejrzenie „Sali Samobójców” Jana Komasy. Dla mnie jest to film oscarowy, w dobrym znaczeniu tego słowa. Co mam na myśli? A więc to, że jest dużo lepszy, niż tegoroczny nokaut „Jak zostać królem”, czy ubiegłoroczne „The Hurtlocker” i że właśnie takie dzieła, jak debiut Komasy, czyli filmy wybitne, powinno się nagradzać takową statuetką. A nie promować przeciętność.

 

                W skali od 1 do 6, „Sali Samobójców” zdecydowanie daję szóstkę. A oto powody mojej wysokiej oceny.

 

                Po pierwsze, zdjęcia. Są fenomenalne! Już pierwsza scena, nawiązująca według mnie minimalnie do „Kabaretu” z Lizą Minelli (i może do „Białej Wstążki” Haneke), robi porażające wrażenie. Opera, mężczyzna przy pianinie i śpiewający niskim głosem chłopak – miałam ciarki. Świetnie pokazano też równoległy wirtualny świat. Nie jest to zabawa z technologią, ale prawdziwe zastosowanie jej w praktyce, i to na najwyższym poziomie. Fragmenty animacyjne podobały mi się bardzo, a jestem, co ważne, raczej konserwatywna jeśli chodzi o gatunek dramatyczny. Mówiąc inaczej, nie lubię zbędnych udziwnień, podkręceń, przekombinowań. Stawiam na klasyczną formę. Jednak owe „podkręcenia” u Komasy nie rażą. Przeciwnie, są konieczne i fascynujące. Pozwalają się zatracić w tym podwójnie nieprawdziwym świecie – bo filmowym, ale i komputerowym.

 

                Po drugie, aktorstwo. Na początku bałam się tylko…Agaty Kuleszy. Jakoś ci aktorzy z „Tańca z Gwiazdami” i seriali telewizyjnych do mnie nie przemawiają. A jednak! Może jej postać - wrażliwa kobieta, która tak bardzo chce być twarda i która, gdy trzeba, potrafi walczyć jak lwica – zrobiła na mnie takie wrażenie, bo zwyczajnie gdzieś tam przypominała mi mnie samą? A może odebrałam ją tak pozytywnie, bo totalnie zaskoczyła mnie warsztatem? Obie opcje prawdopodobne. Choć w pierwszych chwilach, nie ukrywam, nieco mnie irytowała. Wydawała się sztuczna jako zdeterminowana bizneswoman. Ale ostatecznie uległam tej kreacji.

 

                O tym, że Krzysztof Pieczyński gra z niewymuszoną naturalnością, wiem natomiast nie od dziś. Był wspaniały nawet w głupawym serialu o lekarzach z Zielonej Góry, a już w „Pianiście” Polańskiego w ogóle przeszedł własne możliwości. Tu też trzyma formę. Jest tak cholernie autentyczny, jako bezradny, zrozpaczony ojciec, że granica między fikcją a rzeczywistością zaczyna się zacierać. „Internet? Nie ma. I nie będzie” czy „Trzeba było cię lać tymi kablami!” – te dwie postawy, jakie prezentuje, czyli rozpaczy zaakceptowanej i spokojnej, oraz tej nieujarzmionej i ostatecznej, sprawiają, że chylę przed nim czoła.

 

                I na koniec, apogeum doskonałego aktorstwa – Jakub Gierszał. „Będziesz wielki” – powiedziałam mu w zeszłym roku, po premierze „Wszystkiego, co kocham” Jacka Borcucha, gdzie zagrał młodego punk’a. Zaśmiał się wtedy nieśmiało. Równie nieśmiały był na pokazie „Sali Samobójców”, choć tym razem niełatwo było zamienić z nim choćby jedno słowo – otaczały go bowiem tłumy. Zachwyceni widzowie, zainteresowani producenci i zaintrygowani reżyserzy. Jakub jest genialny. I niesamowicie seksowny, o czym chyba jeszcze nie do końca wie. On stworzył ten film. Bez niego mogłoby nie być tak dobrze, mogłoby być wręcz bardzo kiepsko. Jego charyzma epatuje z ekranu w każdej minucie. Powala. Uwodzi. Jakim cudem tak przekonująco zagrał obraz depresji i autodestrukcji? Nie wiem. Niby powoływał się na jakieś zagraniczne filmy, na swoich mistrzów, ale to nie to. Ta energia, talent i siła wypływają z niego. Chyba właśnie tak wygląda wrodzony aktorski geniusz.

 

                Po trzecie wreszcie, scenariusz. Nie jest durny, prosty, obrażający widza, czy pseudo obrazoburczy (patrz: kuriozalna „Wojna żeńsko-męska”). Jest nieoczywisty, mocny i – co aż nie do wiary! – nareszcie odważny. Opowiadana historia stopniowego rozpadu rodziny porusza, poraża, przeraża. Tak, jak i opis współczesnego pokolenia nastolatków, który boli tym bardziej, że jest do szpiku prawdziwy. Wszechobecny nadzór, ale nie nauczycieli czy dorosłych, lecz technologii – zrobią ci zdjęcie, nakręcą video, nagrają na telefon komórkowy. A po 5 minutach wszystko wrzucą na Facebook. Dostępne dla wszystkich. Mnie to paraliżuje, niektórych wręcz zabija.

 

                Po czwarte, muzyka. Intensywna, głośna, niepokojąca. Opera i Wet Fingers. Metal, rock, alternatywa. Emo, jak szeptano po projekcji, emo do granic – w muzyce, w stylu, w życiu. Emo, czyli emotion. Emocja. Wrażliwość.

 

                Na pewno wrażliwy skrajnie jest Jan Komasa, syn Wiesława, reżyser filmu. Widać to nie tylko po temacie, jaki wybrał na swój debiut, ale też po niesamowitej wręcz skromności. Tak, jakby to, co przeżywa wewnątrz, w ukryciu, ukazał w filmie. Rodzaj emocjonalnego coming out’u – być może. I jeszcze jego przemówienie przed premierą. Tak proste i trafiające w samo sedno za razem. I ta dedykacja… Za dużo nie powiem. Nie mogę. Nie chcę popsuć przyjemności oglądania.

 

Polecam całym sercem!

 

Nata


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 23 kwietnia 2017

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O mnie

Natalia Anna, czyli:

absolwentka Iberystyki UW, dziennikarz, redaktor, krytyk filmowy;
miłośniczka kina i wszystkiego, co NIE debilne, durne, pretensjonalne, konserwatywne, kiczowate i wtórne, czyli dobrej literatury, muzyki, teatru, podróżowania (bez aparatu i pstrykania 1325 zdjęć zabytków, pomników etc. a za to w doborowym towarzystwie), smacznego jedzenia, długiego spania i czytania do 3 nad ranem

Moje motto: "Extreme laziness puts your life on hold. Get up and get going!"