Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 786 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Tom Ford stworzył dzieło sztuki - tym razem nie w modzie, a w kinie. A Single Man / Samotny Mężczyzna.

środa, 28 kwietnia 2010 0:04


A Single Man/ Samotny Mężczyzna - reżyserski debiut Toma Forda, dotychczas znanego jako dyrektor kreatywny domu mody Gucci, który zdołał przywrócić marce jej lekko zakurzony prestiż.

Ford to mężczyzna przystojny, czarujący, tajemniczy. Utalentowany, kreatywny, wszechstronny. To projektant, milioner i homoseksualista. Czy po jego filmie spodziewano się rewelacji? Nie sądzę. A czy okazał się rewelacyjny? Z pełnym przekonaniem odpowiadam: tak.


A Single Man można nazwać współczesną love story - nie zaś gejowskim love story, jak chciałoby wielu. Owszem, jest to opowieść o miłości dwóch mężczyzn, ale, wierzcie mi,  w tej historii nie płeć bohaterów odgrywa główną rolę. W filmie Forda chodzi za to o same uczucie, jego wymiar, jego siłę oraz o tę potworną pustkę, jaką odczuwamy po stracie ukochanej osoby. Tych emocji doświadczamy wszyscy - bez względu na nasze preferencje seksualne: miłości i bólu po jej utracie. 


Czy flm Forda jest dziełem osobistym? Tak sądzę. Jednak nie miał być to ani spektakularny coming out (Ford od wielu lat pozostaje w relacji z dużo starszym partnerem, dziennikarzem Richardem Buckleyem), ani też próba promocji czy też manifestacji odmiennej orientacji seksualnej (bo Ford absolutnie nigdy ze swoimi preferencjami się nie ukrywał). Osobisty, czy też intymny wymiar tego filmu leży natomiast w samej opowieści, jaką Ford przenosi na ekran: opowieści o prawdziwej miłości, prawdziwej namiętności, i o tej czułości, jaka może narodzić się tylko między dwojgiem kochających się ludzi i jaka zdarza się tak rzadko, a której Ford miał szczęście doświadczyć.


A Single Man jest dla projektanta/reżysera wyjątkowo ważnym filmem także z innego powodu. Scenariusz dzieła bazuje bowiem na powieści  autorstwa Christophera Isherwooda (pod tym samym tytułem), która niegdyś zdołała poruszyć Forda dogłebnie. Sięgnął po nią na początku lat 80-tych i, jak sam wyznał, odnalazł w niej odbicie własnych odczuć, lęków i, mówiąc najprościej, swojego ówczesnego życia. Jak podkreślił podczas konferencji prasowej na zeszłorocznym festiwalu w Wenecji (gdzie miałam okazję jego film oglądać i recenzować), historia, jaką Isherwood przedstawił w swojej książce, ujęła go swą autentycznością i niewymuszoną prostotą. Co więcej, w miarę postępu lektury, Ford coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że mimo iż była to historia gejowskiej miłości, to jednak niosła w sobie absolutnie uniwersalne przesłanie.


Gdy w jego głowie zaświtał pomysł na realizację fimu opartego na kanwie dzieła Isherwooda, od razu skontaktował się z aktorami najwyższej ligii: Collinem Firthem i Jullianne Moore. Nie musiał się obawiać, że mu odmówią - w końcu był już wystarczająco sławny (choć tylko w branży modowej), a jego nazwisko okryło się niemal legendą. Nie musiał też długo ich nakłaniać by wzięli udział w jego filmowym projekcie. Tak więc obok Firtha, który za kreację, jaką stworzył w A Single Man został nagrodzony w Wenecji, i Julianne Moore, która w filmie Forda po prostu oszałamia i uwodzi, w fabularnym debiucie projektanta pojawił się też świetny aktor Mathew Goode (Match Point, Brideshead Revisited). Wspaniała ekipa, nieprawdaż? Lecz pamiętajmy, że nawet przy najlepszej obsadzie, film może zawsze okazać się klapą (mało mamy na to dowodów choćby w rodzimym kinie?). To, co ostatecznie wyrokuje o losie dzieła, to jego scenariusz. A że był za niego odpowiedzialny sam Ford - perfekcjonista, który czego się nie dotknie,  zamienia w złoto (tak mawiano w świecie mody) - werdykt był jasny od samego początku.


Samotny Mężczyzna to bez wątpienia dzieło sztuki. To także najlepszy, obok Tajemnicy Brockback Mountain, film w historii kinematografii podejmujący tematykę homoseksualną. Choć prosty, to poruszający, choć surowy, to niesamowicie intensywny. Zawiodą się poszukiwacze mocnych wrażeń i kontrowersji, rozczarują ci, którzy liczą na skandal. Nie będzie wyuzdanych scen seksu, nie będzie epatowania nagością. Nie będzie też banału, ani tym bardziej tanich, cliwych dialogów rodem z hollywoodzkich melodramatów. Nie będzie też fałszu. Za równo emocje, jak i ból, tęsknota, jak i komizm będą w pełni autentyczne - i dzięki temu zyskają na sile rażenia. I chyba to jest właśnie klucz do sukcesu filmu Forda - zero udawania (no faking). Czysta prawda. I nie mam nic więcej do dodania.


Wenecja, 11 września 2009


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

"Pułapka", "Co nas kręci, co nas podnieca" i "Była sobie dziewczyna", czyli trzy kiepskie filmy, jakie ostatnio oglądałam

środa, 21 kwietnia 2010 0:27

Kochani, nie jest dobrze. Takie pesymistyczne przeświadczenie odnośnie jakości współczesnego kina dopadło mnie po obejrzeniu 3 filmów, jakie niedawno weszły do polskich kin. Najgorszym jest jednak to, że jeden z nich to dzieło wielkiego i wspaniałego (niegdyś!) reżysera, inny znowu zebrał bardzo pozytywne recenzje (w tym od najbardziej znanych polskich krytyków filmowych,) a z kolei trzeci otrzymał aż trzy gwiazdki w magazynie "Film", który pod każdym względem cenię.

PUŁAPKA/ The Box

Ok, zacznijmy od pierwszego zawodu: filmu pt. Pułapka. A więc miało być przewrotnie i dobitnie o prawdziwej ludzkiej naturze, o naszym stałym dążeniu do bogactwa za wszelką cenę, a nawet o upadku człowieczeństwa w ogóle. Sama idea z prezentem, który, jeśli go przyjmiesz, przyniesie ci miliony pozbawiając zarazem życia jedną anonimową osobę na świecie, była co najmniej intrygująca. Niemniej jednak moment, gdy na ekranie pojawiała się słodka i opalona twarz mężczyzny jak z okładki magazynów dla nastolatek, który robi wszystko, by udowodnić nam, że nie dość, że jest mężem (!), to jeszcze ojcem (!!), i to oczywiście kochającym, to na dodatek mamy uwierzyć, że ten klon Zaca Efrona pracuje w...NASA (a gra go James Marsden)! Cameron Diaz u jego boku też nie dodaje mu zbytnio wiarygodności - po pierwsze wydaje się od niego dużo starsza, a jej gra - choć przyznam, że tylko na początku filmu - jest bezbarwna i sztuczna.

Przerażająca twarz człowieka, który przynosi parze wspomniany już prezent, miała wnieść grozę, ale wyszło jak zwykle przy takowych założeniach: niesmacznie i groteskowo. Zresztą okaleczenie, czy też poparzenie, którego padł ofiarą ów mężczyzna nie wnosi absolutnie nic do filmu, choć delikatnie nadaje mu ton since-fiction, co, jak okaże się już za chwilę, ma jako taki sens.

Z wieloma hollywoodzkimi filmami, jakie widziałam na przestrzeni dwóch ostatnich lat było zwykle tak, że gdy fabuła zdawała się ciekawa, to zawsze musieli pojawić się kosmici - jakkolwiek durne dla całego scenariusza miałoby to być.  W każdym razie okazuje się, że w Pułapce również o najeźdźców z kosmosu chodzi.  Od tej chwili film robi się tak pogmatwany i zmierza w tak niejasnym kierunku, że niemal nie sposób dotrwać do końca bez szeroko otwartej buzi (na znak absolutnego zdumienia rozmachem wyobraźni twórców i niedorzeczności fabuły) i pogardliwych prychnięć, czy też pełnych zażenowania uśmieszków. Co jest tym bardziej żenujące to fakt, że osobiście dotrwałam do ostatniej sceny, a nawet się wzruszyłam. Ostatnich 10 minut to bowiem streszczenie całej wymowy filmu, a właściwie prezentu-pułapki, i popis całkiem porządnego aktorstwa (Cameron Diaz znów jest prawdziwa i poruszająca, tak jak w My sister's keeper).

No i  te ostentacyjne odniesienia do Odysei kosmicznej Kubricka (pamiętacie słynny tunel czasoprzestrzenny?) i Sartre'a...

W związku z powyższym, jak to mawia królowa Doda, wszystkim zainteresowanym filmem Pułapka, bądź książką, na podstawie której powstał, polecam 2 fragmenty tej produkcji - początek (ok. 25 minut) i koniec ( kolejne 25 min liczone od napisów końcowych). Reszta jest milczeniem.


CO NAS KRĘCI, CO NAS PODNIECA/ Whatever works

Dlaczego, dlaczego, dlaczego wielkim reżyserom tak trudno jest pogodzić się z faktem, że wraz z biegiem lat czas ich świetności mija bezpowrotnie i następuje moment, gdy powinni przekazać pałeczkę pierwszeństwa młodszym??? Wypieranie nieubłaganego upływu czasu przynosi bowiem jedynie szkody filmografii, a już zwłaszcza twórczemu dorobkowi owych reżyserów. Woody Allen, bo niestety to o nim będziemy mówić w tym niechlubnym kontekście, najpierw popełnił Sen Kasandry, potem Vicky Cristinę Barcelonę (a może było odwrotnie?), a teraz skazał nas na Whatever Works (pozwolę sobie posługiwać się tytułem oryginalnym, co, jak sądzę, nie wymaga komentarza).

Whatever works jest przede wszystkim filmem skrajnie wtórnym. Reżyser kopiuje sam siebie, co, swoją drogą, zdarzało się u Allena często, ale zawsze wnosiło pewien specyficzny powiew świeżości i nie pozbawione było nostalgii i wyjątkowego uroku. Tym razem nie ma nic - jedynie klisze i żenujące gagi znane na pamięć z jego wcześniejszych dokonań (patrz: Hannah i jej siostry, Annie Hall, Manhattan). Ani przez moment nie jest też zabawnie - Larry David mimo że jest uznanym komikiem i ma grono oddanych fanów, to jednak w niczym nie przypomina cynicznego neurotyka-intelektualisty, jakim z założenia miał być jego bohater. David nie jest Allenem, a to wcielenie niezmiennie pozostaje stworzone wyłącznie dla niego. Amerykański komik usilnie próbuje grać jak Allen, a niemal stać się nim w pełni, jednak jego wysiłki na ekranie kończą się fiaskiem - widz tego nie kupi.

Równie kiepska i sztuczna jest aktorka towarzysząca Davidowi na kranie. Nie wiem jak się nazywa i nie chcę wiedzieć, bo z pełnym przekonaniem NIE wróżę jej kariery aktorskiej. Wystudiowane gesty, teatralny ton , silenie się na głupiutką blondynkę  - wszystko to powodowało moją wielką irytację i permanentną chęć wyjścia z kina. Ostatecznie i tak wyszłam, ale nie za sprawą samej aktorki. Zdałam sobie bowiem sprawę, że będzie tylko gorzej, że Allen z każdą chwilą będzie starał się przemycić do swego najnowszego filmu jeszcze więcej (i bardziej dosłownie) ze swoich dawnych, wspaniałych dokonań, a mi będzie go tylko coraz bardziej żal. Ponieważ kino Allena ukształtowało moją wrażliwość i poczucie humoru, uznałam, że nie będę brała udziału w tej masakrze i po mniej niż godzinie wycofałam się.

Mimo wszystko myślę, że Whatever works może przypaść do gustu młodszym ode mnie widzom, którzy jeszcze nie poznali bogatej filmografii reżysera i zwyczajnie nie mają porównania ani punktu odniesienia, dzięki czemu pewnych rzeczy (na szczęście) nie widzą.


BYŁA SOBIE DZIEWCZYNA/An Education

W tym zestawieniu, którym się obecnie zajmujemy, Była sobie dziewczyna wypada zdecydowanie najlepiej. Dobre aktorstwo, ciekawy scenariusz, udane zdjęcia i nostalgiczny klimat, jaki udało się zbudować reżyserce Lone Scherfig. Poza faktem, że fatalnie dobrano aktora, który miał wcielić się w czarującego playboya-cwaniaka (Peter Sarsgaard) oraz że, jak w poprzednio omawianym filmie, prostotę zobrazowano w postaci blondynki o rozbieganym spojrzeniu, która głośno deklaruje jak bardzo nudne są książki i muzyka klasyczna (porada dla twórców na przyszłość: czasem widownia bywa nieco bardziej wyrafinowana), film jest całkiem w porządku. Główna bohaterka jest rzeczywiście przekonująca i właściwie do wieku irytująca w swojej naiwności, a jej gra wypada bardzo naturalnie, tak, jakby nie ćwiczyła tygodniami póz i min przed lustrem.

Jednak sama opowieść w pewnym momencie wkracza na ścieżkę banału. Co bardziej interesujący wątek zamiera w martwym punkcie (młoda nauczycielka grana przez Olivię Williams, czy też darzący Jenny dużym zainteresowaniem bezczelny Danny - w tej roli Dominic Cooper, którego uwielbiałam w Księżnej), a końcówka filmu nie przekona chyba nikogo, bo - UWAGA! SPOILER! - ostatecznie i tak wszystko dobrze się skończy. Szczerze mówiąc, sposób położenia kresu historii Jenny naprawdę nas zaskoczył - zupełnie jakkby twórcy uznali, że dosyć już tych dramatów i dylematów moralnych - it's time to party! Z tego powodu, zarzucam dziełu brak spójności i pewne pójście na łatwiznę oraz zdecydowane celowanie w masowego odbiorcę.

Podsumowując, Była sobie dziewczyna nie jest złym filmem, ale pozostawia niesmak. Czujemy się oszukani przez reżyserkę, widzimy, że z nas zakpiła i stworzyła wcale nie żaden dramat obyczajowy, ale bajeczkę w stylistyce retro. Szkoda - mogło być naprawdę pięknie.

N.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Polska jedność (tylko) w żałobie

wtorek, 13 kwietnia 2010 21:35

Na temat sobotniej tragedii w mediach mówi się tak wiele i tak często, że w zasadzie nie trzeba już zupełnie nic dodawać, a wręcz można by nieco ująć... Osobiście chciałabym jedynie wyznać, że z całego serca współczuję tym, którzy w tym wypadku stracili swoich bliskich. Ich strata i rozpacz jest nieopisana. Kropka.

Jeśli chodzi o to, co wyrabia się na portalach społecznościowych, o te wszystkie "znicze" i banały rodem z telenowel, to mam już dosyć tej zbiorowej histerii podsycanej przez telewizję.  Wiadomość o odczytaniu  przez Daniela Olbrychskiego apelu skierowanego do Rosjan, a także o decyzji  dot. pochowania pary prezydenckiej na Wawelu przyjęłam z wielkim zażenowaniem i niesmakiem. Podobnie reaguję na sztuczną i napompowaną rozpacz. Większość z tych, co teraz zawodzą, nawet nie uczestniczy w wyborach - przykro mi, statystyki nie kłamią.

Osobiście nie byłam zwolenniczką prezydenta Kaczyńskiego, ale szanuję go, tak jak należy szanować każdego człowieka, a tym bardziej głowę państwa. Pamiętajmy jednak, że o sile narodu stanowi nie jego jedność w żałobie, ale porozumienie i tolerancja względem siebie na co dzień.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Te filmy odradzam!

czwartek, 01 kwietnia 2010 0:36

The Road

2/6
Wydaje mi się, że najbardziej trafnym określeniem charakteryzującym The Road  będzie "wariacja na temat holokaustu". Bo czy nie właśnie z traumą II wojny światowej kojarzą się sterty butów, lub nagromadzone walizki i torby? Czy SS-mani nie polowali na swoje ofiary w gęstych lasach, ze strzelbami i zimną krwią? Czy prześladowani nie walczyli dramatycznie o przeżycie, nie uciekali wciąż przed oprawcami, nie żyli w permamentnym strachu, gotowi w każdej chwili otruć się albo zastrzelić, byle tylko nie dostac się w ręce nieludzkich katów? Wszystkie to odnajdziemy w filmie Johna Hillcoata na podstawie sławnej powieści Cormaca McCarthy pod tym samym tytułem. Lecz wszystko to już wielokrotnie widzieliśmy. I wiemy też, że holokaust w każdej chwili może się powtórzyć. Słyszeliśmy też nie jeden raz, że wygłodniały człowiek czasem posuwa się do kanibalizmu by przeżyć. Po co więc opowiadać to po raz kolejny, epatując okrucieństwem i mdlącymi wręcz scenami? Nie wiem. Tylko dla fanów prozy McCarthiego.

The Hurt Locker
2.5/6
To niby pierwszy w historii film, za jaki kobieta otrzymała Oscara w kategorii "Najlepsza Reżyseria". I tutaj związek The Hurt Locker z płcią piękną się kończy - w filmie nie pojawia się niemal żadna kobieta, a sam film paniom znieść będzie trudno (przy szczerych chęciach). Mężczyźni, oczywiście amerykańscy (a jakże!) są odważni i waleczni i od czasu do czasu serwiją złote myśli rodem tych, znajdowanych w powieściach Paulo Coelho. Jak zwykle Amerykanie w Iraku są źródłem dobra i prawa, a ci wstrętni Irakijczycy to zło wcielone. Film razi efekciarstwem i niesubtelnym przesłaniem. Nudne to jak flaki z olejem i nic ciekawego ani istotnego nie wnosi ani do historii kinematografii ani do rozważań na temat istoty obecności wojsk USA w Iraku w ogóle. Jedynym intersującym motywem jest ciekawe odkrycie głównego bohatera (choć nie takie znowu przełomowe), że wojna, jak narkotyk, silnie uzależnia. Podsumowując - The Hurt Locker nie porywa, a nagrodzenie go tyloma statuetkami przez Akademię to chyba jedynie forma dowalenia Jamesowi Cameronowi - mało wyrafinowana, ale bardzo skuteczna.

Legion
0/6
Żenujące, irytujące i pozbawione jakiejkolwiek spójności gówno (wybaczcie). Jedno z najgorszych i najbardziej niedorzecznych "dzieł" jakie widziałam w życiu. Zdecydowanie (!) odradzam.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O mnie

Natalia Anna, czyli:

absolwentka Iberystyki UW, dziennikarz, redaktor, krytyk filmowy;
miłośniczka kina i wszystkiego, co NIE debilne, durne, pretensjonalne, konserwatywne, kiczowate i wtórne, czyli dobrej literatury, muzyki, teatru, podróżowania (bez aparatu i pstrykania 1325 zdjęć zabytków, pomników etc. a za to w doborowym towarzystwie), smacznego jedzenia, długiego spania i czytania do 3 nad ranem

Moje motto: "Extreme laziness puts your life on hold. Get up and get going!"