Bloog Wirtualna Polska
Są 1 239 142 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Sex out of The City, czyli recenzja "Seksu w Wielkim Mieście2" autorstwa K.S.

piątek, 25 czerwca 2010 14:52


Tym razem swoją opinię o filmie przedstawi wam Kasia. Poprosiłam ją, by napisała właśnie o kolejnej odsłonie pełnometrażowej wersji "Sesku w Wielkim Mieście", bo ja, jako że jestem niepoprawną miłośniczką serialu i czterech ekscentrycznych mieszkanek Nowego Jorku, byłabym zapewne wysoce nieobiektywna ;-).


Sex out of The City


Seks w wielkim mieście jako kultowy serial emitowany przez HBO, prezentujący losy czterech bezpruderyjnych mieszkanek Nowego Jorku, był pierwszym telewizyjnym show w historii świata łamiącym tematy tabu i bezwstydnie mówiącym o seksie.

 

Niewiadomo czym się kierując (poza materialnym zyskiem, bo na pewno nie zwiększeniem wartości merytorycznej „Seksu"), reżyser Michael Patrick King postanowił przenieść swoje dzieło na duży ekran.

 

UWAGA. Poniższa recenzja pisana jest przez pryzmat bliskiego i pełnego czułości kontaktu z serialową wersją „Seksu w Wielkim Mieście". Widzom niebędącym przywiązanym do niej radzę więc traktować moją wypowiedź jako srogą opinię, wynikającą z dużego kontrastu między obiema wersjami produkcji - telewizyjną i filmową.

 

Po obejrzeniu pierwszej części żałosnej parodii serialu, naszpikowanej infantylnymi perypetiami bohaterek oraz żałosnym humorem (pokroju sceny z rozwolnieniem Charlotte), znanej jako „Sex and The City. The Movie", nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego wybierając się na część drugą. Gdy przeczytałam, że akcja dzieje się przez całą, długą godzinę poza (nieodłącznie związanym w mojej opinii z serialem) Nowym Jorkiem, moje oczekiwania jeszcze spadły.  Jednak film „Seks w Wielkim Mieście 2" nie zawiózł mnie aż tak bardzo, jak jego poprzednik sprzed dwóch lat.

 

W tej części bohaterki, nieco znużone utrapieniami małżeńskimi, zawodowymi, biologicznymi oraz rodzinnymi, wybierają się na luksusową wycieczkę do Abu Dhabi sfinansowaną w całości przez przypadkowo poznanego szejka.

 

Na miejscu, oprócz pławienia się w bogactwie modnego hotelu, przyjaciółki debatują o swoich życiowych rozterkach, kulturowych różnicach między Bliskim Wschodem a Ameryką (co wypada bardzo stereotypowo) oraz o miejscu kobiety we współczesnym świecie.  Przy okazji, w ramach swego pełnego przygód i szalonego życia, Carrie spotyka byłego partnera - Aidan'a Shaw, z którym umawia się na kolację.

 

Akcja prowadzona przez bite półtorej godziny w iście żółwim tempie, rozwija się dopiero, gdy Carrie, uwaga - tego nikt się nie spodziewał!, zdradza Biga z Aidanem. Dalsza część filmu jest skoncentrowana głownie na konsekwencjach beztroskiego występku głównej bohaterki oraz na pobocznych perypetiach jej przyjaciółek.

 

Druga część kinowego nieporozumienia z 2008-ego roku usiłuje ukryć brak inwencji, tempa akcji oraz zwyczajnie nudną fabułę wizją luksusowego hotelu wypełnionego po brzegi wykwintnym jedzeniem i oddaną służbą. Problemy głównych bohaterek stają się coraz bardziej banalne i oklepane, a co gorsza w sposobie radzenia sobie z nimi nijak nie można doszukać się kreatywnych pomysłów na ich rozwiązanie. A przecież było to tak typowe dla serialu!

 

Jeśli chodzi o pozytywne strony produkcji, (bo napisałam wyżej, że takich również się dopatrzyłam) to całą farsę ratuje w dużym stopniu niezastąpiona postać Samanthy Jones (Kim Cattrall), która nieustannie bawi swą beztroską frywolnością i czaruje urokiem osobistym. Ponadto stylistka, Patricia Field, również spisała się bezbłędnie, odziewając nasze bohaterki w fenomenalne kreacje (niektóre z nich zostały nawet zapożyczone z kolekcji jesienno-zimowych 2010!). Carrie, Charlotte, Miranda i Samantha dzięki ubraniom wyglądają młodo, świeżo, przy czym nieco teatralnie, co jednak oceniam na plus.

 

Podsumowując, „Seks w Wielkim Mieście 2" jest filmem przyjemnym dla oka, nie licząc  nienaturalnej gry Sarah Jessica Parker (co się z nią stało?! Przecież jako serialowa Carrie wypadała tak wiarygodnie!) oraz niemal niekończącego się czasu trwania (139 minut!).

 

Na koniec, jako prosty widz spragniony oglądania na ekranie losów niezależnych, lecz wrażliwych, nowoczesnych kobiet sukcesu i ładnych butów, spytam:  PO CO zamieniać znakomity, klimatyczny i kultowy serial w mdłą komedię romantyczną bez polotu i fantazji...?


Kasia S.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

"Wenecja" niestety tylko dla fanów filmów Kolskiego, a więc nie dla mnie.

sobota, 12 czerwca 2010 23:55


Okazuje się, że nawet tak dobry temat można zmarnować. Gdy dowiedziałam się, że tytuł nowego filmu Kolskiego - "Wenecja" - odnosi się do wnętrza piwnicy, w jakiej  ciotki budują swemu siostrzeńcowi jego wymarzone miasto, byłam oczarowana i wielce zainteresowani. Zaraz nasunęły się porównania z realizmem magicznym oraz nawiązania do innych dzieł filmowych, gdzie patrzymy na świat oczami dziecka: Cinema Paradiso, Życie przed sobą, a nawet Slumdog Millionaire. Niestety, "Wenecja" Kolskiego zawiodła  mnie na całej linii. Już wyjaśniam dlaczego.

Po pierwsze, wspomniana magiczna Wenecja jest tylko dodatkiem, a nie sednem filmu. Ma chyba uczynić go ciekawszym, bardziej artystycznym i oryginalnym. I rzczywiście, scenografia i zdjęcia robią wrażenie. Kanały, gondole, lampiony i wspaniała muzyka wprowadzają pewien tajemniczy nastrój, do tego prawie czuć zapach portu i nie zabrakło nawet szczurów.

Ponieważ otarłam się już o warstwę estetyczną filmu, to pozwolę sobie na skomentowanie jeszcze jednego jej elementu. Mam na myśli kostiumy. Może to, co teraz napiszę, jest niezauważalne dla męskiego oka, jednak większość kobiet napewno będzie przyglądać się z zachwytem strojom Magdy Cieleckiej i Agnieszki Grochowskiej. Ta pierwsza przypomina trochę Naomi Watts z "Malowanego Welonu". Jes zimna i piękna, oschła wobec syna, a namiętna wobec kochanka. Jej urodę podkreślają stroje vintage w jasnych kolorach, jedwabne spódnice, marynarki, krótkie sweterki. Z kolei Basia grana przez Grochowską jest ucieleśnia styl Marleny Dietrich - długie czarne spodnie, gładkie bluzki, elegancja i szyk w męskim wydaniu, gładko zaczesane półdługie włosy. Esencja stylu lat 20 - tych. Co więcej, Grochowska w tych strojach wygląda fenomenalnie. Bardzo pasują one do jej urody i jeszcze ją wyostrzają. Osobiście uważam, że aktorka powinna pozostać przy tego typu kreacjach.

Dobrze, a teraz, dla równowagi, skupię się na rozczarowujących aspektach filmu.

Moim głównym zarzutem wobec "Wenecji" jest całkowity brak spójności. Ma się nieodparte wrażenie, że reżyser nie do końca wiedział, o czym chce opowiedzieć. Żaden z przedstawionych wątków nie zostaje pogłębiony ani zamknięty, a to rodzi chaos. Owszem, pewne sceny, jak na przykład ta, gdzie cztery siostry tańczą i piją wino w jedwabnej bieliźnie w "kanałach" piwnicznej Wenecji, na pewno długo pozostaną w pamięci. Ale są to jedynie fragmenty niejako wydarte z całej fabuły, nic do niej nie wnoszące, bez większego znaczenia.

Przyczepię się też do aktorstwa dzieci. Castingi do "Wenecji" trwały dość długo i nie wiem dlaczego ostatecznie Kolski zdecydował się obsadzić w roli głównej Marcina Walewskiego. To wręcz nie do wiary, ale młody aktor, który tak przekonywująco wypadł uw "Trzech Minutach. 21:37" Ślesickiego, tu jest sztuczny i irytujący, nie wspominając nawet o tych momentach, gdzie jego gra staje się wielce żenująca (np. scena, gdzie w wojskowej czapce zaczyna śpiewać hymn, sprawiła, że zasłoniłam dłonią oczuy spuściłam głowę i przybrałam głupią minę - były to odruchy bezwarunkowe. Zawsze właśnie tak reaguję w momentach zakłopotania zachowaniem innych). Lepiej poszło dziewczynkom, które partnerowały Marcinowi, a równie słabo (choć nie aż tak) chłopcu wcielającemu się w żydowskiego skrzypka Neumka.

Inną pretensją, jaką zgłaszam wobec "Wenecji", jest nagminne posługiwanie się kliszami i banałem oraz tanie granie na emocjach widzów. Do największych klisz zaliczę scenę, w której jedna z dziewczynek podaje żydowskiemu mężczyźnie pracującemu w dworku jej ciotki szklankę wody. Widząc to, lokalny lekarz krzyczy: "Nie rób tego! To żyd, a przecież u nich panuje zaraza i są na bakier z higieną". Po czym kamera najeżdża na urażoną - ale pełną godności - minę owego żyda, a następnie na Basię (A. Grochowska), która najpierw podaje szklankę mężczyźnie, a później - ku przerażeniu lekarza - sama z niej pije.

Kolejną kliszę stanowią sceny tzw. tracenia niewinności przez dziewczynki rezydujące w majątku. Jedna z nich - ta zła - pije, pali i namawia ku temu tą drugą. Razem ćwiczą pocałunki i snują dekadenckie rozważania. Wszystko to jest bardzo mało autentyczne i niesamowicie pretensjonalne (jak zresztą sam film).

Jeszcze innym przykładem niech będą losy wspomnianego już Neumka. Scena, w której chłopiec pięknie gra na skrzypcach na jednym z "weneckich placów" rzeczywiście wzrusza - gdzieś w oddali przeczuwamy bowiem, co wkrótce stanie się z chłopcem. Niestety, Kolski postanawia te przeczucia unaocznić i to w najprostszy możliwy sposób. Szkoda.

Dodatkowo interesujący i nieoczywisty wątek relacji Joanny (Cieleckiej) z jej mężem pozostaje w fazie zarodka, to samo tyczy się wątku brata głównego bohatera, który to czynnie angażuje się w działanie podziemia. A moim zdaniem były to jedyne ciekawe wątki.

Można by zadać pytanie: czy w "Wenecji" w ogóle coś zachwyca? Moim zdaniem tak. Są to wszystkie te sceny, gdzie mamy szansę przyjrzeć się apogeum kobiecości, czyli czterem siostrom. Każda njest a swój sposób pięknej, zmysłowa, uwodzi  tęsknym spojrzeniem, i skrywa w sobie wielkie namiętności (trochę a'la "Panny z Wilka" A. Wajdy). Każda prezentuje inny typ urody, inny charakter , inny model życia. Nawet matka owych sióstr, starsza, majestatyczna dama, jest na interesująca i na pewno budzi szacunek. Bardzo podobał mi się moment, gdy siostry i ich matka pogrążone w żałobie siedzą na secesyjnych kanapach - siostry na jdnej, matka na drugiej, a później sukcesywnie całe we łzach stłaczają się wszystkie razem obok siebie.

Niemniej jednak chaotyczna i przekombinowana "Wenecja" mnie wymęczyła i liczyłam minuty do końca, wynotowując sobie ze zlości w myślach wszystkie mankamenty filmu. Uwierzyłam, że Kolski faktycznie odszedł hen daleko od dzieł typu "Jasminum". Nie ulegajcie jednak temu złudzeniu. Moim zdaniem "Wenecja" to kolejny film tylko dla miłośników tego reżysera, a także dla wszystkich skrycie podkochujących się w Magdzie Cieleckiej i Agnieszce Grochowskiej, bo naprawdę jest na co popatrzeć.


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (6) | dodaj komentarz

Gdyńskie objawienia 2010

wtorek, 08 czerwca 2010 1:13


Jakkolwiek zeszłoroczny laureat Grand Prix Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, czyli "Rewers" Borysa Lankosza, mnie nie zachwycił, tak tegoroczny zwycięzca - "Różyczka" J.J. Kolskiego absolutnie mnie urzekła. Pisałam o tym filmie od razu po premierze, jakoś na początku tego roku i nie chciałabym się powtarzać. Powiem więc tylko, że wbrew mieszanym odczuciom, jakie dało się zauważyć na sali podczas ogłaszania werdyktu, oraz średnio pozytywnym ocenom samego festiwalu, jest mi niezmiernie miło, że "Różyczkę" doceniono i że Magdalena Boczarska otrzymała nagrodę dla najlepszej aktorki - bo za równo reżyser, jak i jego Różyczka (M. Boczarska) całkowicie na te wyróżnienia zasłużyli.

Jakie werdykty obstawiano? Z tego, co wiem, liczono, że nagroda za najlepszą rolę żeńską trafi w ręce Urszuli Grabowskiej za jej dramatyczną kreację w "Joannie" Feliksa Falka. Słów kilka o tym dziele.

"Joanna" to historia rozgrywająca się w Warszawie podczas II wojny światowej. Tytułowa Joanna to kobieta w średnim wieku, pochodząca z dobrze sytuowanej polskiej rodziny, która postanawia przygarnąć pod swój dach małą żydowską dziewczynkę - Różę (nomen omen!). Matka Róży dostała się w ręce okupantów i najprawdopodobniej wywieziono ją do jednego z obozów zagłady.

Oczywiście Joanna nie mogła tak po prostu zaopiekować się dzieckiem - jak wiadomo, za ukrywanie Żydów groziła śmierć. Dlatego bohaterka nie dzieli się swoim sekretem nawet z najbliższymi. I - jak to zwykle nie tylko w filmach bywa - w trudnych sytuacjach z pomocą przychodzą jej obcy ludzie: koleżanka z pracy i oficer gestapo.

Niemniej jednak, losy Joanny są tragiczne i nawiązują nieco do historii Maleny z pamiętnego filmu G. Tornatore. Sam film natomiast przypomina w jakimś sensie "Pianistę" Polańskiego, ale nie dorasta mu do pięt pod względem scenariusza i realizacji. Oczywiście, porównania z mistrzami kina zazwyczaj wypadają blado. Zaznaczam to, bo wcale nie neguję, że Falk wykonał kawał dobrej roboty. Przede wszystkim bardzo dobrze obsadził Grabowską w roli samotnej, zaszczutej kobiety. Dziewczynka, którą wybrał do roli Róży, jest czarująca i pod względem wyglądu nie mógł zdecydować inaczej, ale niestety aktorka z niej kiepska. Raził mnie też mały realizm scen rozgrywających się w domu. Jakoś trudno mi uwierzyć, że węsząca wszędzie gospodyni kamienicy nie słyszała, jak Joanna na całe gardło wołała Różę za każdym razem, gdy wchodziła do mieszkana. Pamiętacie, jak w "Pianiście" grany przez A. Brodiego Szpilman musiał chodzić na palcach by nie wzbudzić najmniejszego szmeru? A więc właśnie. No i to zakończenie. Miało być artystycznie i symbolicznie, a wyszło jak zwykle - tandetnie. Ale mimo tych wszystkich minusów, był to trzeci najlepszy film jaki miałam okazję zobaczyć na festiwalu i zdobył szereg tzw. nagród indywidualnych, w tym za reżyserię.

Pewniakiem była też "Wenecja" J.J. Kolskiego, czyli opowieść o dzieciństwie w czasach, gdy w kraju szaleje wojna. Tytułowa Wenecja to wnętrza zalanej piwnicy, w której ciotki budują siostrzeńcowi namiastkę włoskiej Wenecji: z maskami, gondolami, mostami itd. Brzmi niesamowicie, prawda?  Dla mnie to taki filmowy odpowiednik realizmu magicznego. Podczas spotkania z reżyserem, pojawiały się komentarze, że nareszcie wrócił do formy po dziwnych i pretensjonalnych filmach typu "Afonia i pszczoły". On sam odmówił jednak nazywania jego ostatniego dzieła porażką, twierdząc, że jest z niego dumny i wręcz go uwielbia. Cóż, osobiście nie wybrałam się na pokaz "Wenecji" właśnie w obawie, że będzie to kolejny film z cyklu "Jasminum" i wspomnianej "Afonii"...

Na koniec dodajmy, że "Wenecja" triumfowała pod względem scenografii, nagrodzono też debiutującego na ekranie Marcina Walewskiego, który podbił serca widowni (także w innym filmie, w jakim zagrał, czyli "Trzech Minutach" M. Ślesickiego).

Widzowie i dziennikarze wysoko oceniali też "Erratum" Marka Lechkiego i "Chrzest", czyli nowy film Marcina Wrony, reżysera "Mojej Krwi". Nie będę wypowiadała się o tych produkcjach, bo nie miałam okazji ich zobaczyć. Podobno jednak zostały zasłużenie nagrodzone - "Chrzest" za główną rolę męską (x 2) i za montaż, a "Erratum" za debiut reżyserski.

Na pewno nikt nie spodziewał się, że Nagrodę Specjalną Jury festiwalu dostanie "Mała matura 1947" Janusza Majewskiego. Wielu uznało ten film za mdły i zbyt "ładny". Jednak oglądało się go bardzo przyjemnie, z wielkim sentymentem wobec postaw i zachowań, jakie odeszły, wobec młodości, jaką czuć było w tym filmie niemal każdym zmysłem, i wobec prawdziwego patriotyzmu, jaki dziś rodzi się w nas tylko przy okazji narodowej tragedii i tylko na pokaz.

"Mała Matura" to film świetnie zagrany - brawa zwłaszcza dla Wiktora Zborowskiego, Artura Żmijewskiego i Antoniego Królikowskiego - z piękną, nostalgiczną muzyką Tomasza Stańki i z urzekającymi zdjęciami Krakowa. To film, który wzrusza, a zarazem wywołuje nostalgiczny uśmiech na twarzy.

Moim zdaniem przyznanie Majewskiemu tej nagrody to bardzo trafiony wybór. Bo po co stawiać na przesadną oryginalność ("Rewers"),  na nadmierną brutalność ("Dom Zły"), czy na epatowanie ogólną beznadzieją ("Cztery noce z Anną"), jeśli widza można wzruszyć tak łatwo i tak dogłębnie zarazem, wyłącznie za sprawą osobistego snucia prawdziwej opowieści. Czasem mniej znaczy więcej.

Z kolei ja najbardziej kibicowałam "Trzem minutom. 21:37" Macieja Ślesickiego. To chyba jedyny film prezentowany na tegorocznym festiwalu o wymiarze uniwersalnym. Ślesicki postanowił przyjrzeć się postawom ludzi, jakie ci wykazują w czasie medialnego umierania papieża Jana Pawła II. Medialnego, bo nagłośnionego na świat cały, a tym samym wymuszającego pewien zestaw zachowań (tak, jak niedawna katastrofa prezydenckiego samolotu...).

"Patrzyłem na tą zbiorową rozpacz, na morze łez, zniczy i kwiatów. I nagle przyszł mi do głowy myśl: gdyby za chwilę ktoś rąbnąłby mnie porządnie w głowę, to czy ktoś w ogóle zwróciłby na to uwagę?" - powiedział Ślesicki podczas spotkania z dziennikarzami. To pytanie przewija się przez cały film. A może nie tyle pytanie, co właśnie odpowiedź na nie. Jaka jest? Otóż okazuje się - i nie jest to wcale nowość, choć chyba tak sugestywnie pokazano to w kinie po raz pierwszy - że ludzkie współczucie i życzliwość są bardzo wybiórcze. Umierającego papieża, orędownika miłości bliźniego, pokoju na świecie, humanizmu, owszem, opłakuje się intensywnie, ale już ofiarę tragicznego wypadku nie. Nad umierającym papieżem, - zwolennikiem filozofii "bądź drugiemu człowiekiem, a nie wilkiem", oraz propagatora przykazania "nie zabijaj" - leje się łzy czyste, rzęsiste, ale zwykłego Kowalskiego wyrzuca się brutalnie z urzędu przy pomocy ochroniarza. Mieszkańcy wsi też za papieżem w chwilę jego śmierci wyją, ale to nie stoi im na przeszkodzie by zgodnie z zasadą: "nie mam ja, to i on mieć nie będzie" pozbawić dziecko jego ukochanej istoty - konia, cudem ocalałego z transportu do rzeźni (swoją drogą historia konia przypomina trochę historię żydów za okupacji - zwłaszcza tych, którzy ukrywali się w Polsce).

Słowem, Ślesicki bez upiększeń i absolutnie prawdziwie ilustruje, czym jest człowiek. Przykra to laurka, ale jakże prawdziwa.

Oglądając „Trzy minuty" wielokrotnie płakałam, płakałam, płakałam. Najbardziej wzrusza, obok historii z chłopcem (w tej roli wspomniany Marcina Walewski) i jego koniem, opowieść o artyście malarzu, playboyu, czy, w kilku słowach, mężczyźnie zakochanym w życiu (Bogusław Linda - rola oskarowa!), który z powodu strasznego zbiegu okoliczności za jednym uderzeniem z przystojnego faceta w sile wieku, który na dodatek za chwilę ma zostać ojcem, staje się warzywem. Może jedynie mrugać powiekami. Jego żarliwy, grający z emocjami widza monolog jest bardziej przejmujący niż niejedna dramatyczna scena światowego kina. Krzyk Lindy, jego pretensja i zarazem prośba do Boga, jego próba zrozumienia i zaakceptowania swego losu budzą wielkie emocje. Jednak nawet leżąc na szpitalnym łóżku, Linda potrafi rozbawić. Pewne jego teksty z tego filmu powinny zapisać się w polskiej kinematografii.

 

Wiem, że film się podobał - tak widzom zgromadzonym na seansie, jak dziennikarzom. Jeden z reporterów przyznał nawet: „Wciąż mam ciary na plecach". Mi owe ciary towarzyszyły podczas pisania o tym filmie dla was. Potrzeba lepszej rekomendacji?

 

Na koniec chciałabym zamieścić parę słów o o całym festiwalu od strony organizacyjnej. Często to powtarzam, ale jeszcze chyba nigdy nie komentowałam tego na blogu: jeśli polskie festiwale filmowe nie postawią w końcu na dobry, efektywny i efektowny (!!!) PR, to zginą marnie.  Plakat 35. FPFF - bez komentarza; Teatr Muzyczny, gdzie odbywały się gale i projekcje - bez żadnej zmiany od czasów PRL-u; oprawa artystyczna - kiepska bardzo i naprawdę nie wiem, ani do kogo adresowana (dlaczego większość nagród filmowcom na święcie polskiego kina wręczali Chopin i George Sand?!), ani czemu wciąż odpowiada za nią Krzysztof Materna, który - nie łudźmy się - najlepsze lata artystyczne ma już za sobą; L'Oreal jako sponsor festiwalu - wspomniany na sam koniec imprezy,  i to mimochodem. No i ten namiot... Bo wielka gala zakończenia gdyńskiego festiwalu odbyła się w olbrzymim namiocie, przez co miało się nieodparte wrażenie bycia w cyrku i pojawiło się nawet oczekiwanie na show. Niestety, ów show okazał się niewart wydanych na bilety pieniędzy.

 

I to by było na tyle. Do zobaczenia w Gdyni za rok (chyba że za ten tekst - a zwłaszcza  za ostatni akapit -  więcej mnie nie zaproszą ). Oby przyszły festiwal był równie interesujący, jak miniony - amen.

N.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 23 kwietnia 2017

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O mnie

Natalia Anna, czyli:

absolwentka Iberystyki UW, dziennikarz, redaktor, krytyk filmowy;
miłośniczka kina i wszystkiego, co NIE debilne, durne, pretensjonalne, konserwatywne, kiczowate i wtórne, czyli dobrej literatury, muzyki, teatru, podróżowania (bez aparatu i pstrykania 1325 zdjęć zabytków, pomników etc. a za to w doborowym towarzystwie), smacznego jedzenia, długiego spania i czytania do 3 nad ranem

Moje motto: "Extreme laziness puts your life on hold. Get up and get going!"