Bloog Wirtualna Polska
Są 1 239 142 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Nie traćcie czasu na "The Blind Side"!

wtorek, 20 lipca 2010 16:08

Rozumiem, że ulubieńcy Ameryki też muszą dostawać nagrody, by fala sympatii dla nich znalazła jakieś ujście. I chyba właśnie dlatego postanowiono uchonorować ukochaną dziewczynę z sąsiedztwa, czyli Sandrę Bullock, najważniejszą możliwą statuetką - Oscarem. Ok, nie czepiam się. W końcu Bullock działa w Hollywood od wielu, wielu lat, na swoją pozycję pracowała występując w różnych gniotach i komediach romantycznych, a ostatecznie wielkim wysiłkiem udało jej się dojść na sam szczyt popularności. Ciężka , efektywna praca jest zawsze godna podziwu, więc naprawdę szczerze gratuluję. No i jeszcze ta sprawa z wytatuowaną neonazistką, z którą zdradzał ją mąż , niiejaki Jessie James (tak, podobno spokrewniony z tamtym Jamesem). W porządku, Oscar się jej należał. Można było ro prawda rozważyć  jakąś mniej spektakularną nagrodę pocieszenia, ale jako że mówimy o Hollywood, to oczywiście musiało być z pompą. Tyle tylko, że rola Bullock w The Blind Side nawet nie zbliżyła się do poziomu, jaki przynajmniej teoretycznie powinna reprezentować ta statuetka.

Mój problem z tym filmem jest taki, że zanim po niego sięgnęłam, przeczytałam naprawdę ciekawy, świetnie napisany artykuł w Wysokich Obcasach na jego temat. Autorka opisywała w nim Leigh Anne Tuohy, czyli kobietę z amerykańskiego Południa, w którą wciela się Bullock. Charyzma, odwaga i niezłomność owej damy wypełniła mnie podziwem i szacunkiem dla niej i jej rodziny. Natomiast historia Michael'a Ohera wręcz mnie wzruszyła i sprawiła, że postanowiłam zobaczyć jej ekranową wersję.

Jak już się za pewne domyśliliście, moje rozczarowanie sięgnęło zenitu. Zawsze, gdy oglądamy z Alanem filmy, bacznie obserwujemy nawzajem swoje reakcje kątem oka. Zwykle dyskutujemy tez do późna starając się przeforsować każdy swoje racje. Tym razem byliśmy jednak  nieprawdopodobnie zgodni, że The Blind Side to rzadka chała.

Wiem, że w moich recenzjach często posługuję się słowem "banał". To dlatego, że większość produkcji  namiętnie go ostatnio używa. I wcale nie jest tak, że banał zagnieździł się wyłącznie w komercyjnym kinie, bo na wszelkich festiwalach - i zagranicznych, i polskich - też jest go pełno. A już w tym filmie banał aż leje się strumieniami.

Generalnie rzecz ujmując, morał historii jest taki: przygarnij ciemnoskóre dziecko, daj mu jedzenie i miejsce do spania, a będzie twoim wdzięcznym sługą do końca życia. Tak właśnie postąpiła bohaterka grana przez Bullock z Big Mikiem (nazywany tak ze względu na tuszę). Nie obyło się oczywiście bez kazań w iście amerykańskim stylu - czyli wszyscy sypią złotymi myślami rodem z powieści P. Coelho jak z rękawa, i łzawych momentów, gdzie ukazywana jest nam ta oto odkrywcza idea: rodzina liczy się ponad wszystko.

Leigh Anne, jej mąż i dwoje dzieci są bardzo irytujący, a przoduje tu najmłodszy członek rodziny - dzieciak, którego razem z Alanem nazwaliśmy "doktorkiem" (trzeba go zobaczyć, bo zrozumieć istotę tej metafory). Są też wszyscy bardzo sztampowi w swoich zachowaniach, przewidywalni w gestach i nudni w monologach.

Mogłabym teraz snuć wywody nad każdą poszczególną banalną sceną, ale oszczędzę tego i sobie, i wam. Powiem natomiast tyle: schemat goni schemat, łzy wzruszenia raczej się nie pojawiają, nie pojawiają się też łzy spowodowane śmiechem. Bo żenujące zachowania i teksty zapisane w tym filmie nie śmieszą, ale zwyczajnie rozczarowują i wprawiają w konsternację. W końcu miało być szczerze i z przesłaniem, a wyszło...jak zwykle. The Blind Side nie jest nawet kinem familijnym, ale po prostu zwyczajnym, pustym gniotem, który jednak musiał powstać, by Bullock mogła podsumować dwadzieściakilka lat swojej kariery zgrabną figurką Oscara.

Przyszłoroczne rozdanie nagród Akademii chyba sobie odpuszczę - szkoda nerwów.
N.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"Listy do Julii", czyli banał w Weronie

czwartek, 01 lipca 2010 13:59

 

Veneto - skąpany słońcem region Wenecji Euganejskiej jest głównym motywem najnowszej komedii Gary'ego Winicka, którego twórczość znana jest przede wszystkim z „Pajęczyny Charlotty". Opowieść o miłości, szczęściu, ładnych widokach i dobrym jedzeniu chyba nie jest w stanie nikogo zaskoczyć, ani (niestety) oczarować.

 

Sophie, młoda Amerykanka (Amanda Seyfried), wyrusza w podróż przedślubną wraz z narzeczonym (Gael García Bernal) do romantycznej Werony. Na miejscu okazuje się, że wybranek serca, poświęca się bardziej szkoleniu umiejętności kulinarnych niż celebrowaniu pobytu z ukochaną. Główna bohaterka, pozostawiona samopas w mieście miłości, znajduje sobie nietuzinkowe zajęcie: odpisuje na listy kobiet z całego świata adresowane do Julii Capuletti. Za sprawą jej wiadomości, leciwa Brytyjka wraz z nabzdyczonym wnukiem przyjeżdża do Włoch w poszukiwaniu miłości swojego życia. Sophie postanawia towarzyszyć im w tej, jakże sentymentalnej, przygodzie. Naturalnie, zakochuje się również w posępnym Angliku, którego romantyzm i urok (mocno wątpliwy w mojej opinii) próbuje odnaleźć przez całą podróż. (w końcu odnajduje, rzecz jasna).

 

W filmie uderza nieprawdopodobna przewidywalność następstwa wydarzeń. Znane prawdy życiowe (m.in. prawdziwa miłość nie ma terminu ważności) powtarzane są przez bohaterów niemal przez pełne 90 minut seansu.

 

Przerysowane postaci karykaturalnie usiłują wpasować się w odrębne grupy społeczne i kulturowe - flegmatycznego Brytyjczyka, poszukującej spełnienia Amerykanki, impulsywnego Włocha o gorącym temperamencie oraz sentymentalnej babci wierzącej w miłość. Wszyscy bohaterowie, usilnie poszukujący szczęścia przez duże „S", stawiają swoje dotychczasowe życie w punkcie zwrotnym. TYPOWE. A do tego nudne i mdłe. Nie polecam.

 

PS. Brytyjka znajduje miłość życia.

 

Kasia S.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 23 kwietnia 2017

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O mnie

Natalia Anna, czyli:

absolwentka Iberystyki UW, dziennikarz, redaktor, krytyk filmowy;
miłośniczka kina i wszystkiego, co NIE debilne, durne, pretensjonalne, konserwatywne, kiczowate i wtórne, czyli dobrej literatury, muzyki, teatru, podróżowania (bez aparatu i pstrykania 1325 zdjęć zabytków, pomników etc. a za to w doborowym towarzystwie), smacznego jedzenia, długiego spania i czytania do 3 nad ranem

Moje motto: "Extreme laziness puts your life on hold. Get up and get going!"