Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 786 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Doskonała SALA SAMOBÓJCÓW Jana Komasy wbiła wszystkich w fotel. Mocne i odważne!

czwartek, 03 marca 2011 3:09

 

Po wysypie szmir, bzdur, głupot, kretyństw i innych tym podobnych produkcji, znanych bliżej pod wspólną nazwą „nowych komedii polskich”, jaką ulgą i przyjemnością (choć, zważywszy na tematykę filmu, są to bardzo niestosowne słowa) było obejrzenie „Sali Samobójców” Jana Komasy. Dla mnie jest to film oscarowy, w dobrym znaczeniu tego słowa. Co mam na myśli? A więc to, że jest dużo lepszy, niż tegoroczny nokaut „Jak zostać królem”, czy ubiegłoroczne „The Hurtlocker” i że właśnie takie dzieła, jak debiut Komasy, czyli filmy wybitne, powinno się nagradzać takową statuetką. A nie promować przeciętność.

 

                W skali od 1 do 6, „Sali Samobójców” zdecydowanie daję szóstkę. A oto powody mojej wysokiej oceny.

 

                Po pierwsze, zdjęcia. Są fenomenalne! Już pierwsza scena, nawiązująca według mnie minimalnie do „Kabaretu” z Lizą Minelli (i może do „Białej Wstążki” Haneke), robi porażające wrażenie. Opera, mężczyzna przy pianinie i śpiewający niskim głosem chłopak – miałam ciarki. Świetnie pokazano też równoległy wirtualny świat. Nie jest to zabawa z technologią, ale prawdziwe zastosowanie jej w praktyce, i to na najwyższym poziomie. Fragmenty animacyjne podobały mi się bardzo, a jestem, co ważne, raczej konserwatywna jeśli chodzi o gatunek dramatyczny. Mówiąc inaczej, nie lubię zbędnych udziwnień, podkręceń, przekombinowań. Stawiam na klasyczną formę. Jednak owe „podkręcenia” u Komasy nie rażą. Przeciwnie, są konieczne i fascynujące. Pozwalają się zatracić w tym podwójnie nieprawdziwym świecie – bo filmowym, ale i komputerowym.

 

                Po drugie, aktorstwo. Na początku bałam się tylko…Agaty Kuleszy. Jakoś ci aktorzy z „Tańca z Gwiazdami” i seriali telewizyjnych do mnie nie przemawiają. A jednak! Może jej postać - wrażliwa kobieta, która tak bardzo chce być twarda i która, gdy trzeba, potrafi walczyć jak lwica – zrobiła na mnie takie wrażenie, bo zwyczajnie gdzieś tam przypominała mi mnie samą? A może odebrałam ją tak pozytywnie, bo totalnie zaskoczyła mnie warsztatem? Obie opcje prawdopodobne. Choć w pierwszych chwilach, nie ukrywam, nieco mnie irytowała. Wydawała się sztuczna jako zdeterminowana bizneswoman. Ale ostatecznie uległam tej kreacji.

 

                O tym, że Krzysztof Pieczyński gra z niewymuszoną naturalnością, wiem natomiast nie od dziś. Był wspaniały nawet w głupawym serialu o lekarzach z Zielonej Góry, a już w „Pianiście” Polańskiego w ogóle przeszedł własne możliwości. Tu też trzyma formę. Jest tak cholernie autentyczny, jako bezradny, zrozpaczony ojciec, że granica między fikcją a rzeczywistością zaczyna się zacierać. „Internet? Nie ma. I nie będzie” czy „Trzeba było cię lać tymi kablami!” – te dwie postawy, jakie prezentuje, czyli rozpaczy zaakceptowanej i spokojnej, oraz tej nieujarzmionej i ostatecznej, sprawiają, że chylę przed nim czoła.

 

                I na koniec, apogeum doskonałego aktorstwa – Jakub Gierszał. „Będziesz wielki” – powiedziałam mu w zeszłym roku, po premierze „Wszystkiego, co kocham” Jacka Borcucha, gdzie zagrał młodego punk’a. Zaśmiał się wtedy nieśmiało. Równie nieśmiały był na pokazie „Sali Samobójców”, choć tym razem niełatwo było zamienić z nim choćby jedno słowo – otaczały go bowiem tłumy. Zachwyceni widzowie, zainteresowani producenci i zaintrygowani reżyserzy. Jakub jest genialny. I niesamowicie seksowny, o czym chyba jeszcze nie do końca wie. On stworzył ten film. Bez niego mogłoby nie być tak dobrze, mogłoby być wręcz bardzo kiepsko. Jego charyzma epatuje z ekranu w każdej minucie. Powala. Uwodzi. Jakim cudem tak przekonująco zagrał obraz depresji i autodestrukcji? Nie wiem. Niby powoływał się na jakieś zagraniczne filmy, na swoich mistrzów, ale to nie to. Ta energia, talent i siła wypływają z niego. Chyba właśnie tak wygląda wrodzony aktorski geniusz.

 

                Po trzecie wreszcie, scenariusz. Nie jest durny, prosty, obrażający widza, czy pseudo obrazoburczy (patrz: kuriozalna „Wojna żeńsko-męska”). Jest nieoczywisty, mocny i – co aż nie do wiary! – nareszcie odważny. Opowiadana historia stopniowego rozpadu rodziny porusza, poraża, przeraża. Tak, jak i opis współczesnego pokolenia nastolatków, który boli tym bardziej, że jest do szpiku prawdziwy. Wszechobecny nadzór, ale nie nauczycieli czy dorosłych, lecz technologii – zrobią ci zdjęcie, nakręcą video, nagrają na telefon komórkowy. A po 5 minutach wszystko wrzucą na Facebook. Dostępne dla wszystkich. Mnie to paraliżuje, niektórych wręcz zabija.

 

                Po czwarte, muzyka. Intensywna, głośna, niepokojąca. Opera i Wet Fingers. Metal, rock, alternatywa. Emo, jak szeptano po projekcji, emo do granic – w muzyce, w stylu, w życiu. Emo, czyli emotion. Emocja. Wrażliwość.

 

                Na pewno wrażliwy skrajnie jest Jan Komasa, syn Wiesława, reżyser filmu. Widać to nie tylko po temacie, jaki wybrał na swój debiut, ale też po niesamowitej wręcz skromności. Tak, jakby to, co przeżywa wewnątrz, w ukryciu, ukazał w filmie. Rodzaj emocjonalnego coming out’u – być może. I jeszcze jego przemówienie przed premierą. Tak proste i trafiające w samo sedno za razem. I ta dedykacja… Za dużo nie powiem. Nie mogę. Nie chcę popsuć przyjemności oglądania.

 

Polecam całym sercem!

 

Nata


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

WOJNA ŻEŃSKO-MĘSKA bardzo toporną satyrą...

środa, 09 lutego 2011 2:24

 

 

Przykro mi. Tak cholernie mi przykro, że aż 6 mln złotych poszło się... (wstaw dowolne) zamiast trafić do najbardziej potrzebujących. Można było wesprzeć np. chore dzieci, polskie szkolnictwo, albo opiekę medyczną. Ale wówczas byłoby bez blichtru. A tak, blichtr był - kolejna premiera w stylu glamour pełna gwiazd i błysku fleszy.

 

Co za żenujący film! Powiedzieć, że byłam zniesmaczona, to za mało. Zdaje się, że reżyser pragnął stworzyć coś na miarę kultowego "Nic śmiesznego" lub choćby "Dnia Świra" Marka Koterskiego. Nie wyszło, chciałoby się dodać: jak zwykle. Satyrę zrobić nie jest łatwo, a zwłaszcza wyśmiać coś, w czym samemu niejako się uczestniczy. Tworząc "Wojnę żeńsko-męską" reżyser sam dołożył do szamba, jakim jest show-biznes - stworzył gniot dla mas. Zrobił pseudo filozoficzno-psychologiczne dzieło o niczym (powiedziałabym bardziej dosadniej o czym, i byłoby to nawet dosłowne ujęcie tematyki, ale się powstrzymam ze względu na zwykłą przyzwoitość). Nudne to i bez żadnego polotu. Zaśmiałam się raz, gdy na pupie Wojtka Mecwaldowskiego ukazały się figlarne męskie stringi - to chyba świadczy o poziomie tzw. humoru użytego w filmie. O tym, że niektóre sceny i dialogi są żywcem wzięte z "Seksu w wielkim mieście" bądź "Dziennika Bridget Jones" nawet nie wspomnę. Efekty specjalne po co były ,nie wiem, nie wnosiły bowiem NIC (!), irytowały i zdawały się być na siłe dopięte. Dosłowność przekazu była zaś tak boleśnie banalna i podana w sposób tak strasznie łopatologiczny, że aż żal tyłek ściskał.

 

Zdecydowanie bronią się jednak aktorzy. Na Sonię i Maję Bohosiewicz patrzyło się z przyjemnością, wspomniany Mecwaldowski udowodnił, że jest aktorem wszechstronnym i zagra dobrze wszystko, bardzo pozytywnie odebrałam też zarośniętego Karolaka. Nie rozumiem niestety fenomenu Tamary Arciuch i chyba nigdy nie będzie mi to dane. Coraz bardziej podoba mi się jednak Ola Kisio - zmysłowa, kobieca, seksowna zawsze.

 

W zasadzie nie mam nic więcej do powiedzenia na temat tego kuriozalnego filmu. Kropka.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

JAK ZOSTAĆ KRÓLEM wybitnym filmem nie jest. Razi prostotą!

piątek, 28 stycznia 2011 14:46

 

"Jak zostać królem" to film zaskakująco prosty. I nie chodzi tu wcale o minimalizm w doborze środków, czy w grze aktorskiej. Chodzi o bardzo schematyczny i uproszczony scenariusz, który skonstruowano jak szkolny bryk. Wszelkie dialogi są tak bardzo papierowe, przeźroczyste, boleśnie błahe. W zasadzie nic po nich nie zostaje, jak i zresztą po samym filmie. No, może poza uczuciem pustki - bo po Colinie Firthcie, który swój potencjał ukazał i w "Single Man" i nawet w "Bridget Jones" ,zawsze spodziewamy się czegoś błyskotliwego. Jednak jego umiejętności przy tak słabym projekcie zdały się na nic. Natomiast G. Rush, którego aktorstwa manierycznego fanką nie jestem i nigdy nie byłam, jest irytujący w swej teatralności. Helena B.C. wypada na tym tle nieźle, ale w zasadzie to ona jest tłem dla pseudo rozgrywki między Rushem a Firthem.

 

Moim zdaniem JAK ZOSTAĆ KRÓLEM zdobył tyle nominacji do Złotych Globów i Oscarów z prostej przyczyny - nic lepszego nie było, przynajmniej wśród produkcji mainstreamowych. I pewnie ów film wygra. Ale coraz bardziej żenujące werdykty Akademii w zasadzie przestały mnie obchodzić od czasu nagrodzenia "Avatara" i "The Hurt Locker" (pierwsze jest banalnym widowiskiem dla dzieci stworzonym przez Piotrusia Pana amerykańskiej kinematografii, drugi film jest po prostu bardzo słaby) i kompletnego niemal pominięcia rewolucyjnych i genialnych (!) "Bękartów Wojny" Tarantino.

 

I to by było na tyle.

N.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Krótko o "Och, Karol 2"

piątek, 21 stycznia 2011 0:46

 

Czy warto obejrzeć "Och, Karol 2"? Moim zdaniem, warto. Dlaczego? Bo rzadko w kinie widzimy taką plejadę gwiazd z pierwszych stron gazet w jednej produkcji. Mucha, Żmuda Trzebiatowska, Foremniak, Glinka, Zielińska to przecież takie polskie odpowiedniki Angeliny Jolie. No bo, poza Dodą, kto jest w naszym kraju prawdziwą gwiazdą? Ok, podobno jeszcze Edyta Górniak, ale o niej tylko się często mówi, bo płyty na miarę "Dotyku" z połowy lat 90-tych nie nagrała od dwóch dekad.

 

A więc wyżej wymienione piękne, nie da się ukryć, aktorki prężą swe wdzięki na dużym ekranie. Prezentują też całą gamę strojów, fryzur i makijażów godnych skopiowania, przez co "Och, Karol 2" staje się źródłem inspiracji ;-). Ok, zgrywam się, ale zważywszy na niedawny wysyp polskich gniotów pod zbiorczą nazwą "komedii", wolę takie inspiracje, niż żadne.

 

Z pięciu gwiazd obsadzonych w rolach schematycznych w myśleniu i postępowaniu kobiet, których osobowość twórcy postanowili zarysować mniej niż powierzchownie (a szkoda!), broni się chyba tylko Ania Mucha. Reszta, i mówię to mimo szczerej sympatii, jaką żywię do większości z nich, ociera się o żenadę.

 

A jak wypada Piotr/Karol? Całkem nieźle. Jego nerwowe jąkanie się jest najzabawniejszym elementem filmu. Piszę to bez ironii, bo naprawdę zdarzały się momenty, że śmiałam się na cały głos. Nie ja jedna zresztą. Reszta męskiej części obsady wypada marnie i wygłasza, niestety, bardzo przewidywalne kwestie. Aż zastanawiam się, kto i gdzie wymyśla te nienaturalne dialogi, które, błędnym zamiarem ich twórców, mają zamienić się w kultowe. A ani nie są zabawne, ani celne.

 

Nasz wspaniały kraj znów udaje USA. Tak, znów uznano, że może się uda, że może widz uwierzy, że zamiast po Marszałkowskiej, kamera wiedzie go przez 5th Avenue. Zważywszy na konsekwentność w uprawianiu tej maskarady (patrz: ostatnie 15 polskich komedii wszelakich), może rzeczywiście niektórzy w to wierzą. Ja jednak do tej wąskiej grupy nie należę. Ciekawe, czy rodzimi twórcy filmowi w końcu odważą się pokazać Polskę taką, jaką jest: z postpeerelowskimi biurami, ze sznurami korków na ulicach, z wylansowanymi młodziakami i zaniedbanymi, zabiedzonymi starcami. Bo choć bywa szaro,  mokro i brudno, to jest też czasem kolorowo. Na przykład latem na Nowym Świecie, lub wiosną na starówce, czy w ogóle zawsze na Krakowskim Przedmieściu w okolicach uniwersytetu. I dotykam wyłącznie okolic Warszawy, bo to właśnie ją biedną tak się zawsze upokarza, karząc jej mierzyć się z Nowym Jorkiem czy Miami.

 

Nie liczcie więc, że "Och, Karol 2" będzie wielce różny od poprzednich komediowych gniotów z wciąż tymi samymi aktorami.  A jeśli swoje oczekiwania w ogóle obniżycie do minimum - wiedzeni doświadczeniem i intuicją - może się nawet okazać, że te ponad 1,5h, jakie przesiedzicie w kinie, to nie taki w pełni stracony czas. Cóż, zawsze bezpieczniej jest spodziewać się najgorszego. Ja właśnie tak zrobiłam i teraz z czystym sercem mogę wam powiedzieć, że "Och, Karol 2" najgorszym polskim filmem nie jest. Nie jest też nawet (bardzo) zły. Jest po prostu cukiereczkiem - ładnie opakowanym i nieco mdlącym. Ale przecież wszyscy lubimy słodycze.

 

Nata


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zrezygnowałam z "Weekendu". Świadomie.

czwartek, 06 stycznia 2011 15:51

 

Byłam wczoraj na premierze galowej reżyserskiego debiutu Cezarego Pazury, czyli filmu "Weekend". Jednak, nauczona doświadczeniem z poprzednich pokazów "genialnych i przezabawnych" polskich komedii, które próbują udawać produkcje zagraniczne (patrz: "Ciacho"), postanowiłam nie iść na seans i skupić się wyłącznie na dziennikarskich obowiązkach (czytaj: wywiadach z gwiazdami).Dzięki temu miałam m.in. okazję napatrzeć się na fantastyczną sukienkę Małgorzaty Sochy (od Gosi Baczyńskiej). Przy okazji- jestem fanką jej stylu, który cały czas tylko się udoskonala. Nie bez powodu aktorka została nazwana najlepiej ubraną gwiazdą minionego roku. Z niecierpliwością czekam na kolejne stylizacyjne odsłony!

 

Wracając do "Weekendu"...

 

Wbrew pozorom, bardzo lubię talent Pazury, jego poczucie humoru i niezapomniane kreacje aktorskie, jakie stworzył np. w "Killerze" (czyli ostatniej chyba prawdziwie śmiesznej rodzimej komedii) czy niezapomnianym "Nic śmiesznego". Wczoraj Pazura również oczarował publiczność zgromadzoną w Multikinie - wystąpił w idealnie skrojonym czarnym garniturze i naprawdę śnieżnobiałej koszuli, a całość zwieńczył w stylu retro, a więc efektowną muchą. Nie krył wzruszenia, a tym samym ani na chwilę nie stracił nic z właściwego sobie animuszu. Zawsze robi na mnie wrażenie jego doskonała dykcja i sposób, w jaki zwraca się do swoich słuchaczy - klasa sama w sobie. Urzekł mnie też ostatnimi, bardzo szczerymi słowami, jakie skierował do publiczności. A brzmiały one tak:

 

"Na koniec mam do Państwa taki osobisty apel. Nie oczekujcie proszę cudu. Weekend to po prostu dobry film, na którym - według mnie - będziecie się zwyczajnie świetnie bawić."

 

Po tym wszystkim aż ciężko jest powiedzieć choć jedno złe zdanie ofilmie Pazury. Może właśnie dlatego zdecydowałam się go nie oglądać..? Niemniej jednak dziś rano sięgnęłam do recenzji "Weekendu", jakie już pojawiły sie w sieci. Niestety, jest tak, jak się spodziewałąm. Poniżej zamieszczam Wam tekst, jaki przeczytałam na portalu Stopklatka.pl. Tych z was, którzy - w przeciwieństwie do mnie - postanowili jednak "Weekend" zobaczyć, proszę o komentarze!

 

Ze Stopklatka.pl http://www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=33860&sekcja=recenzja&ri=8046

Autor: Dariusz Kuźma, 6 stycznia 2011



Kiedy aktor bądź aktorka bierze się za reżyserię, zawsze jest to jakieś filmowe wydarzenie, nieważne, czy bardziej komercyjne, czy artystyczne. Czy mu/jej się uda „kupić” widza? Czy poradzi sobie po drugiej stronie kamery? Czy ogarnie wszystkie reżyserskie zadania? A kiedy jest to ktoś tak znany (i lubiany) jak Cezary Pazura, oczekiwania mimowolnie wzrastają. Czy słynny polski aktor sprostał nowemu wyzwaniu?

Pazura nigdy nikogo nie oszukiwał w kwestii ambicji swego filmu – od samego początku obiecywał wulgarną komedię gangsterską, stylizowaną wedle reguł ustalonych przez starszych kolegów zza oceanu (i nie tylko), pełną nieprawdopodobieństw, tempa, akcji i atrakcji. A po pojawieniu się zwiastunów wszystkie te zamierzenia zostały potwierdzone. Czego więc należało się spodziewać po „Weekendzie”? Odpowiedź jest prosta: porządnej, wypranej z intelektualnych wartości rozrywki, i wszyscy, którym się taka bezpardonowa komedia akcji nie podoba, niech wyjdą z sali!

Czy aby na pewno? Nie wszystko jednak złoto, co się świeci, bowiem „Weekend” zawodzi niestety pod kątem przyjętej przez Pazurę konwencji odjechanego kina gangsterskiego. Ambicje nie przełożyły się na finalny efekt, gdyż „Weekend” wygląda jak składak elementów wymyślonych przez kogoś innego do czegoś innego, które w reżyserskich rękach Pazury ze sobą nie współgrają. Nie tworzą składnej całości, która byłaby w stanie obronić się za pomocą jedynego dostępnego w tym przypadku argumentu – nieskrępowanej „rozrywkowości”.

Pazura-reżyser, tak jak zapewne Pazura-aktor, ukochał sobie sensacyjno-gangsterski sznyt lat 90., nadbudowując tę podstawę kolejnymi warstwami komedii, akcji, zwrotów fabuły i używania bluzgów w roli przecinków. Nie potrafił w nie jednak z jakiegoś powodu tchnąć świeżości, przez co zdecydowana większość prezentuje się na ekranie niczym perły z lamusa, którymi i Polska, i świat fascynowały się 15-20 lat temu. „Weekend” nie jest jednak radosnym powrotem do przeszłości (i pastiszem zarazem) jak było w przypadku „Niezniszczalnych” Stallone’a. Debiut reżyserki Pazury jest w całej swojej komediowej gangsterce jak najbardziej na poważnie – nie ma tu miejsca na parodię czy złośliwe szyderstwo. Głównym założeniem jest dynamiczne kino rozrywkowe, nie żadne tam pochodne.

I bardzo wyraźnie widać, że Pazura czuje ten klimat i konwencję, w szczególności w tym, w jaki sposób rajcuje się slow-motion, strzelaninami, bójkami czy scenami mającymi przywoływać skojarzenia z wczesnym Tarantino (rozmowa w fast foodzie) i trylogią gangsterską Lubaszenki (ironiczne idylliczne przedstawianie polskich gangsterów). Jednocześnie jego film bardzo często jawi się jako skierowany do obecnej młodzieży, co koliduje z „oldskulowym” klimatem, w który Pazura celował. I to ciągle powtórka z rozrywki, która nie tylko nic nie wnosi (choć w niektórych momentach podnosi poprzeczkę realizacyjną polskiemu kinu), ale jest po prostu w takim wydaniu niepotrzebna.

Wydaje się, że Pazura, który zatrudnił do współpracy wielu swoich przyjaciół i znajomych, miał na planie „Weekendu” świetny ubaw. Tak jak wszyscy pozostali zaangażowani w ten projekt. Szkoda tylko, że oglądając debiut reżyserki polskiego aktora, widz czuje się tak, jakby trafił przypadkiem na imprezę starych znajomych, na której wszyscy dobrze się czują poza nim samym; nikogo tam nie zna, czasem jedynie rozróżniając czyjeś przelotne oblicze czy zasłyszaną gdzieś reputację.

„Weekend” na pewno znajdzie swoich zwolenników wśród zatwardziałych fanów aktora oraz amatorów tego typu kina, ale w ogólnym rozrachunku srodze zawodzi. A naprawdę posiadał potencjał na przyjemne kino rozrywkowe. Jakby powiedzieli Amerykanie, których reżyser próbował w swoim filmie naśladować – Better luck next time, Mr. Pazura!

 

AKTUALIZACJA:

W Gazecie Wyborczej "Weekend" dostał tylko jedną na sześć gwiazdek... Aż chciałoby się rzec: "A nie mówiłam?!"


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O mnie

Natalia Anna, czyli:

absolwentka Iberystyki UW, dziennikarz, redaktor, krytyk filmowy;
miłośniczka kina i wszystkiego, co NIE debilne, durne, pretensjonalne, konserwatywne, kiczowate i wtórne, czyli dobrej literatury, muzyki, teatru, podróżowania (bez aparatu i pstrykania 1325 zdjęć zabytków, pomników etc. a za to w doborowym towarzystwie), smacznego jedzenia, długiego spania i czytania do 3 nad ranem

Moje motto: "Extreme laziness puts your life on hold. Get up and get going!"